wtorek, 10 lipca 2018

Orliński w Warszawie

Jakub Józef Orliński w Haendlowskim Samsonie 8 lipca 2018
w Krakowie;  fot. Capella Cracoviensis
Jakub Józef Orliński postanowił dopieścić nieco polską publiczność. I bardzo dobrze!
Niedawno śpiewał w Teatrze Wielkim Operze Narodowej, ostatnio w oratorium Samson w Krakowie. Czekamy na jego wrześniowy recital na Zamku Królewskim w ramach Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica.
Niespodziewanie okazało się jednak, że w najbliższym tygodniu, we wtorek 17 lipca zaśpiewa w warszawskim kościele ewangelicko-reformowanym w Alejach Solidarności razem z Dagmarą Barną w koncercie zatytułowanym Arie i Duety.
Po koncercie organizator wydarzenia - Stowarzyszenie Śpiewaj - zbierać będzie datki na Fundusz Śpiewaj im. Staszka Jończyka.
Stowarzyszenie zapraszało nie tak dawno - 13 czerwca - na renesansowe madrygały do Fundacji Batorego na Sapieżyńską. Z koncertem wystąpił wówczas zespół Gregorianum. A Jakub Józef Orliński kilka lat temu, jako student, śpiewał wszak w tym zespole. Szlachetne cele Stowarzyszenia są na pewno bliskie jego sercu. A nam dają okazję do posłuchania pięknych głosów i i to podczas koncertu, na który wstęp jest wolny, a przy tej okazji do wsparcia Funduszu!

poniedziałek, 9 lipca 2018

Samson pokonany, Samson zwycięski

Samson 10.07.2018 - soliści w komplecie:
od lewej Stober, Sancho, Abadie, Orliński; fot. CC
Mając jeszcze świeżo w pamięci świetne wykonanie oratorium Haendla podczas tegorocznego festiwalu Misteria Paschalia, jechałam do Krakowa z ogromna ciekawością. Sam fakt, że szef Capelli Cracoviensis postanowił rzucić niedawnej premierze Johna Butta - która nota bene również odbyła się w sali koncertowej ICE - swoiste wyzwanie, wydał mi się nieco ryzykowny. Niepotrzebnie! Koncertowe wykonanie Samsona 10 lipca było świetne, miejscami nawet lepsze (np. w partii tytułowej kreowanej przez Juana Sancho) od poprzedniego. Grupa solistów mniejsza, stąd dźwigająca niekiedy podwójne role. Oba koncerty warte były podróży, jednak wczorajszy, może z racji tego, że mam go na świeżo w pamięci, był prawdziwym przeżyciem. Nawet jeśli "oratoria z trąbami"  nie są tym kawałkiem Haendla, który tygrysy lubią najbardziej...
Więcej zarówno o premierze kwietniowej, jak i wczorajszym koncercie na stronie www.dolcetormento.pl i w zakładce relacje.

sobota, 7 lipca 2018

"Samson" znów w Krakowie

Jaku Józef Orliński; fot. Piotr Porebsky
To wydarzenie, na które czekamy już od ponad miesiąca. Capella Craviensis przygotowała swoją wersję monumentalnego oratorium Georga Friedricha Haendla Samson.
O samym oratorium miałam okazje czytać i pisać całkiem niedawno. To właśnie dzieło wieńczyło tegoroczny wielkanocny festiwal Misteria Paschalia i jego oryginalną wersję mieliśmy okazję zobaczyć i wysłuchać 1 kwietnia tego roku w sali krakowskiego ICE. Grupę solistów, chór i orkiestrę Dunedin Consort prowadził John Butt, a koncert był rejestrowany i transmitowany przez telewizję Mezzo.
Tym razem wystąpią orkiestra i chór Capelli pod kierunkiem Jana Tomasza Adamusa, a grono solistów będzie zupełnie inne: Heidi Stober, Jakub Józef Orliński (polski kontratenor robiący ostatnio dość spektakularną karierę), Juan Sancho i Lisandro Abadie.
Ogromnie jestem ciekawa tej wersji - świeżo jeszcze mając w pamięci koncert kwietniowy.
Wrażenia z koncertu wielkanocnego można sobie przypomnieć tutaj, a o samym oratorium poczytać tutaj.
Jak zabrzmi Samson tym razem? Przekonamy się już jutro!

piątek, 6 lipca 2018

IV Festiwal Oper Barokowych Dramma per Musica

Plakat tegorocznego festiwalu; niestety, nie znam autora
No, nareszcie! Program pojawił się na stronie Stowarzyszenia Dramma per Musica i wszystkie nasze nadzieje nabrały realnego kształtu.
Jak pisałam - Łazienki Królewskie nie będą w tym roku gościnne i jedynie jeden spektakl Farnacego (przypomnienie ubiegłorocznej premiery) odbędzie się w Teatrze Stanisławowskim 2 września.
Ale organizatorom udało się znaleźć salę na premierę Haendlowskiej Alciny. 14 września jedno z najpiękniejszych dzieł operowych mistrza zabrzmi w Małej Warszawie (dawnej Fabryce Trzciny) na Otwockiej. Muzyka barokowa w tym wnętrzu może nabrać całkiem nowego charakteru! Tegoroczną premierę reżyseruje Jacek Tyski. W rolach głównych protagonistów, czyli Alciny i Ruggiera, Olga Pasiecznik i Anna Radziejowska. Od czasu gdy obserwowałam tę parę jako Kleopatrę i Juliusza Cezara w spektaklu w WOK wiem, że wspaniale współpracują ze sobą na scenie. Fantastyczne widowisko gwarantowane! Nie mogę się wprost doczekać!
Pozostałe koncerty operowe odbędą się w Studiu Lutosławskiego i w związku z tym możemy liczyć jedynie na wersje koncertowe, ale na osłodę 10 września usłyszymy piękną Haendlowską serenatę Aci, Galatea e Polifemo.
Szczegółowy program na stronie stowarzyszenia i w naszym kalendarium, oczywiście.
A oprócz tego koncert oratoryjny, recitale i koncerty kameralne poświęcone sprawiedliwie muzyce włoskiej, niemieckiej i francuskiej. No i zapowiadany recital Orlińskiego na Zamku 7 września!
Czyż życie nie jest piękne?

środa, 4 lipca 2018

Don Giovanni - próba generalna

Jutro, 5 lipca oficjalna premiera Don Giovanniego i inauguracja Festiwalu Polskiej Opery Królewskiej w Łazienkach. A wczoraj dyrektor Peryt umożliwił nam uczestnictwo w pierwszej próbie generalnej spektaklu. I mimo jeszcze dość roboczego charakteru przedstawienia i wynikających z tego problemów - z ruchem scenicznym i swobodą gry w kostiumach, a także zgraniem solistów i orkiestry - był to spektakl bardzo dobry i z pewnością wart polecenia.
Widzieliśmy pierwszą z obsad (mają być trzy), która będzie śpiewała na jutrzejszej premierze.

Don Giovanni zabija komandora;  M. Czerski / Polska Opera Królewska
Na warsztat wzięto pierwszą, praską wersję, nieco krótszą od wiedeńskiej, bez kilku pięknych arii - ale całości to nie zaszkodziło. Przedstawienie było zwarte, dobrze i konsekwentnie zbudowane, z logicznie i zrozumiale prowadzoną akcją - mimo bariery językowej i braku polskich napisów - które zwykle spektaklom w języku oryginału towarzyszą. Ale w końcu - kto nie zna tej historii!
Uderzająca była dla mnie nieco inna niż zwykle i niż się spodziewałam interpretacja roli tytułowej. Don Giovanniego można widzieć różnie - jako wyrachowanego cynika, libertyna, oziębłego uczuciowo seksoholika, a nawet ukrytego impotenta. Jednak reżyser poszedł tu ścieżką prostą, a Robert Gierlach (w dobrej dyspozycji głosowej i aktorskiej) konsekwentnie i brawurowo ją zrealizował. Jego Don Giovanni to arogancki i pełen pychy prostak, typowo "przemocowy" na wielu poziomach: słownie, seksualnie i w końcu czysto fizycznie. Jest górą, ponieważ jest silniejszy - bogatszy, sprytniejszy, brutalniejszy i pozbawiony skrupułów. Jego działaniom nie towarzyszy żadna wyrafinowana filozofia. Ot, rozdaje kopniaki na prawo i lewo i brak w tym jakiegokolwiek drugiego dna.
Podobnie trzy - jakże różne i jak niezwykłe - postacie kobiece. Także wydają się stosunkowo jednoznaczne, choć każda znaczy coś innego.
Donna Anna to postać tragiczna - ofiara Don Giovanniego, który brutalnie ją napastuje (gwałci?), zabija jej ojca i rujnuje życie. Olg Pasiecznik jak nikt inny potrafi nasycić swój śpiew emocją i dramatem. Jej Donna Anna jest tragiczna, rozdzierająca, chwytająca za gardło.
Donna Elwira, Zerlina i Donna Anna w jednym z tercetów;
fot.  M. Czerski / Polska Opera Królewska.
Donna Elwira z kolei swoim natręctwem i brakiem godności prowokuje Don Giovanniego do kolejnych upokorzeń. Bezradność, z jaką je przyjmuje, balansuje - w interpretacji Anny Wierzbickiej dość udanie - pomiędzy groteską a budzeniem współczucia.
Zerlina w interpretacji Marty Boberskiej przypomina nieco jej Zuzannę z poprzedniej premiery POK, czyli Wesela Figara. Jest zalotna, wdzięczna i bardzo słodka, a pod tą maską skrywa się mała spryciara, która manipuluje mężczyznami. Z Don Giovannim jej się nie udaje, ale już Masetto daje się wodzić za nos bez wysiłku.
Wszystkie trzy solistki śpiewają świetnie i konsekwentnie realizują wizję reżysera - co z półmetrowymi perukami na głowach nie jest chyba proste!  Ale o kostiumach za chwilę.
Andrzej Klimczak jako Leporello wyjątkowo mi w tej roli odpowiadał. Zawsze podziwiałam jego warunki głosowe, a tym razem dał z siebie dużo także aktorsko. Sylwester Smulczyński jako Don Ottavio miał do zaśpiewania tylko jedną arię, ale podał ją z imponującą wirtuozerią!
Ryszard Peryt przygotowuje swoje produkcje dość tradycyjnie - daleko tu do tzw. reżyserskiego nurtu w operze. Soliści nie dialogują, a śpiewają "do publiczności". Trochę jak w wersji koncertowej. Ale koncepcja była zrealizowana konsekwentnie i jeśli się taką manierę przyjmie - można nad jej sztucznością przejść do porządku.
Duże wrażenie robiła oprawa plastyczna - nie scenografia uproszczona do granic, a właściwie niemal nieobecna - a kostiumy. Stylizowane na XVIII-wieczne, kojarzące się z malarstwem weneckim: rozpięte na rusztowaniach krynoliny, wysokie peruki pań oraz trójgraniaste kapelusze i powłóczyste peleryny panów. Marlena Skoneczko ograniczyła paletę barw do czerni, bieli i srebrzystej szarości z mocnymi akcentami czerwieni, co nie tylko mocno działało, ale też dało efekt plastycznego wysmakowania.

Don Giovanni finał;  M. Czerski / Polska Opera Królewska.
Orkiestrę prowadził młody dyrygent Łukasz Borowicz, momentami ponosił go temperament, podkręcał tempo i muzycy dostawali lekkiej zadyszki. Przygnębiająca jest ciasnota wąskiego kanału, w którym cała orkiestra pomieścić się nijak nie może. Muzycy ponadto często wchodzili w kostiumach na scenę, co stanowiło dla nich zapewne dodatkowe i wcale niełatwe zadanie.
Podczas festiwalu przewidziano tylko trzy spektakle arcydzieła Mozarta. Na pewno warto wybrać jeden z lipcowych wieczorów na spotkanie z Don Giovannim w najpiękniejszej operowej sali w Warszawie!

wtorek, 26 czerwca 2018

Plany Opery Królewskiej nie tylko na festiwal

Konferencja w Łazienkach - stoi dyrektor Ryszard Peryt; fot. IR
Dyrekcja Polskiej Opery Królewskiej zaprosiła dziś do Łazienek na konferencję prasową poświęconą swojemu lipcowemu Festiwalowi. Spotkanie było dość krótkie, ale za to odbyło się w Sali Balowej Pałacu na Wodzie, co jest kolejnym dowodem na to, że stosunki tej instytucji z szefostwem Łazienek są całkiem niezłe. Wielbicieli spektakli muzycznych cieszy to bardzo, bo naprawdę nigdzie tak dobrze nie słucha się opery - zwłaszcza barokowej, ale i Mozartowskiej - jak w Teatrze Stanisławowskim.
Festiwal zacznie się spektakularnie od Don Giovanniego Mozarta (już 5 lipca), w obsadzie m.in. obaj Gierlachowie, Olga Pasiecznik, Marta Boberska i Andrzej Klimczak, za dyrygenckim pulpitem debiutuje w POK Łukasz Borowicz. W kolejnych dniach można będzie zobaczyć wszystkie premiery minionego sezonu i posłuchać kilku dodatkowych koncertów w niebanalnym entourage'u, czyli na przykład w Pałacu na Wodzie. Szczegółowy plan festiwalu na stronie Opery.
Finał 27 lipca w Amfiteatrze na spektaklu Thamosa - zapoznanej sztuki do której Wolfgang Amadeusz napisał muzykę. Dodatkowy finał - 28 lipca w Świątyni Opatrzności podczas mszy dziękczynnej okraszonej Te Deum i Mszą Koronacyjną Mozarta.
Dyrektor Peryt w długim wywodzie pełnym cytatów i poetyckich przenośni przemycił jednak i zdradził kilka konkretów odnośnie do następnego sezonu. Najbardziej zainteresowało mnie powstanie formacji muzycznej, grającej na instrumentach historycznych, o nazwie Capella Regale Polonia. Swój pierwszy, a zarazem spektakularny występ będzie ona miała 24 lutego przyszłego roku na Zamku Królewskim, gdzie zaplanowano premierę Orfeusza Monteverdiego!
Wygląda więc na to, że Polska Opera Królewska na dobre zagościła na muzycznej mapie Warszawy, a bitwa na Festiwale Mozartowskie będzie miała w lipcu prawdziwą kulminację.
A swoja drogą przyszły tydzień z Don Giovannim w Teatrze Stanisławowskim i Samsonem Haendla w Krakowie wygląda nad wyraz smakowicie!

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Trochę Wiednia w Gliwicach

Max Emanuel Cencic; fot. Parnassus
Nie tak dawno, bo w kwietniu, zachwycałam się programem operowym Theater an der Wien, a w nim m.in. koncertowym wykonaniem Gismondo re di Polonia Leonarda Vinciego w doborowej obsadzie, z Maxem Emanuelem Cencicem w roli tytułowej i {oh!}Orkiestrą Historyczną. Dlaczego Wiedeń może, a u nas posucha? Zwłaszcza, że akurat ta opera naprawdę "nam się należy"!
No i proszę! Przed koncertem wiedeńskim będziemy mieć wykonanie w Polsce! Właśnie przeczytałam anons Parnassusa: 2 września w Gliwicach wystąpi katowicka orkiestra z grupą solistów, czyli Cencicem, a także z m.in. Yuriyem Mynenko, Aleksandrą Kubas-Kruk, Dilyarą Idrisową. Najwyraźniej Maxa nie odstraszył chłód ruin Teatru Victoria, w których w ubiegłym roku śpiewał ponoć w kufajce!
Tak czy owak - cudownie! Może udałoby się jakoś tak wystawić pozostałe z wiedeńskich premier gdzieś w kraju? Proszę...

czwartek, 14 czerwca 2018

Pojedynek na festiwale

Podobno od przybytku głowa nie boli. Mimo wszystko jednak sytuacja jest z lekka groteskowa.
Mieliśmy w Warszawie Operę Kameralną i Festiwal Mozartowski, który od wielu lat był stałym punktem na muzycznej mapie stolicy i szczycił się inscenizacją wszystkich oper Mozarta, ciesząc melomanów nie tylko warszawskich. A przy okazji rozlegały się co jakiś czas utyskiwania, że to strasznie droga instytucja, a festiwal to rozpustny zbytek, na który nas nie stać.
No to teraz mamy dwie opery i dwa festiwale!
Warszawska Opera Kameralna pod kontrowersyjnym kierownictwem Alicji Węgorzewskiej przeprowadziła połowiczną samolikwidację, zwalniając jedną z orkiestr (Sinfoniettę), wszystkich solistów i dyrygentów. Scena przygotowuje premiery (nie za wiele), zgromadziła wokół siebie nowe grono śpiewaków (nie wiem, na jakich warunkach), choć co jakiś czas dochodzą nas słuchy, że współpraca zarządu z zapraszanymi artystami układa się - delikatnie mówiąc - niełatwo (link do listu Friedricha Haidera tutaj).
Zwolnieni muzycy Sinfonietty wraz z gronem reżyserów, dyrygentów i solistów zostali przygarnięci przez Ministerstwo Kultury i utworzyli Polską Operę Królewską pod wodzą Ryszarda Peryta i z siedzibą w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach. I regularnie wystawiają, choć program na uczczenie 100-lecia Niepodległości, polegający na odkurzeniu kilku mocno wyliniałych dzieł - w rodzaju Nędzy uszczęśliwionej Kamieńskiego czy Alexandra i Apellesa Kurpińskiego - nie powala. Grają też jednak Mozarta i w tym są naprawdę dobrzy! Premiera Wesela Figara w Łazienkach na przełomie roku była tego najlepszym dowodem.
Obie przywołane wyżej instytucje mają - oczywiście - ambicję zorganizowania festiwalu.
Pierwsza startuje WOK - już 16 czerwca - za galą otwarcia, na która udało się zaprosić znaną solistkę Veronikę Cangemi. Do połowy lipca zaplanowano wiele koncertów i recitali, a także wystawienie: Czarodziejskiego fletu, Wesela Figara, Łaskawości Tytusa, Cosi fan tutte i Uprowadzenia z seraju. Festiwal zakończy 14 lipca gala finałowa w Teatrze Polskim.
Polska Opera Królewska nie nazwała swojego festiwalu Mozartowskim, ale stratuje 5 lipca premierą... Don Giovanniego! Pokaże oczywiście "swoje" Wesele Figara, a kończy w Teatrze na Wyspie Thamosem Mozarta. A oprócz tego - większość premier sezonu, na czele z Moniuszkowskimi Dziadami-Widmami.
Wszystko to wydaje się dość absurdalne, choć dla melomanów i wielbicieli Mozarta w sumie korzystne. Wszak mistrza nigdy nie dość. A więc do dzieła! Pojedynek na festiwale czas zacząć...

środa, 13 czerwca 2018

Madrygały na Sapieżyńskiej

Taki program to naprawdę rzadkość! Zespół Męski Gregorianum pod wodzą Bereniki Jozajtis zaprasza w piątek 15 czerwca na godzinę 19.00 do sali w Fundacji Batorego na Sapieżyńską na wieczór włoskich madrygałów, przede wszystkim miłosnych. W programie głównie twórczość Luca Marenzio, ale przewidziano też kilka utworów Orlanda di Lasso.
Koncert wspiera Fundusz Śpiewaj im. Staszka Jończyka, ale datki są dobrowolne, a wstęp wolny!

środa, 6 czerwca 2018

Orliński w Teatrze Wielkim

Jakub Józef Orliński; fot. J. Wąsik
Cieszy bardzo, że największa nadzieja naszego śpiewu kontratenorowego jest ostatnio obecna na polskich scenach. Jakub Józef Orliński to niewątpliwy talent, wyjątkowo piękna barwa głosu i coraz większe umiejętności.
Kiedy kilka lat temu słuchałam na Uniwersytecie Warszawskim Zespołu Męskiego Gregorianum, prowadzonego przez Berenikę Jozajtis, moją uwagę przykuł wyjątkowo piękny głos młodziutkiego kontratenora. Potem na chwilę straciłam go z oczu, aż tu okazało się, że ten właśnie śpiewak - o urodzie równie anielskiej, jak jego głos - robi światową karierę. Kiedy w lipcu ubiegłego roku chciałam na żywo posłuchać, jak rozwija się jego talent, musiałam pojechać aż do Sopotu. Za to w tym sezonie Jakuba Józefa Orlińskiego będzie znacznie łatwiej "złapać" niż w ubiegłym.
Razem z pianistą Michałem Bielem 3 czerwca wystąpili w Katowicach na koncercie zatytułowanym "Piękno i perfekcja", a w najbliższy piątek powtórzą koncert na prestiżowej scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej. W programie m.in. Haendel, Purcell, Schubert i Szymanowski. Bilety oczywiście wyprzedane!
Ci, którzy nie zdążą ani do Katowic, ani do Warszawy, mogą zaryzykować Londyn z kolejną powtórką programu, choć bilety do Wigmore Hall ponoć dawno nie do zdobycia...
Ale nie wszystko stracone. Już 8 lipca w sali koncertowej krakowskiego ICE Capella Cracoviensis zaprasza na koncertowe wykonanie oratorium Samson G.F. Haendla, a jednym z wykonawców będzie własnie Orliński.
Wiemy też, że młody kontratenor wystąpi z recitalem podczas Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica w Warszawie we wrześniu - dokładnego terminu jeszcze nie znamy, ale koncert odbędzie się podobno na Zamku Królewskim. Jednym słowem - Orlińskiego ci u nas dostatek! Na szczęście.

środa, 9 maja 2018

Co w operze piszczy

Pierwsze damy polskiego baroku ze stowarzyszenia Dramma
 per Musica  na ubiegłorocznej konferencji prasowej
 w Łazienkach; fot. IR
Wczorajszy wieczór w Filharmonii Narodowej na pół-scenicznej wersji Nais Rameau zaowocował niespodziewanymi wieściami. O samym koncercie już szerzej tutaj, teraz jednak spieszę przekazać, co mi zdradzono.
Mimo że strona internetowa Dramma per Musica milczy jak zaklęta, jednak według wszelkich znaków na niebie i ziemi Festiwal Oper Barokowych jednak się we wrześniu odbędzie. Niestety stracił przychylność dyrekcji Łazienek i w Teatrze Królewskim uda się jedynie wznowić ubiegłoroczną premierę, czyli Farnace Antonia Vivaldiego.
Dlatego organizatorzy nie ustają w poszukiwaniu gościnnej sali, w której mogliby zrealizować zaplanowaną premierę, a jest nią... Alcina Georga Friedricha Haendla (ktoś czyta w moim sercu...)! Jeśli te poszukiwania nie zakończą się powodzeniem, możemy przynajmniej liczyć na wersję koncertową w sali Studio Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego. Gościnny jest również Zamek Królewski, w którym odbędzie się kilka koncertów, w tym m.in. recital Jakuba Józefa Orlińskiego!
Chcecie więcej? Ja też!
Wobec niepokojących wieści dobiegających z WOK-u i nieco rozczarowującego (przynajmniej fana baroku) programu Wratislavia Cantans - to prawdziwy miód na moje złaknione serce.
Dramma per Musica - trzymam za was kciuki!

poniedziałek, 7 maja 2018

Rameau w Filharmonii Narodowej

Il Giardino d'Amore i Stefan Plewniak; mat. prom FN
No i po Bydgoskim Festiwalu Operowym. W tym roku wyjątkowo łaskawym dla wielbicieli opery barokowej - aż dwa spektakle!
O finałowym Herculesie Haendla i o wrażeniach z tego spektaklu szerzej tutaj.
A tymczasem wrócimy na chwilę do festiwalowego klimatu dzięki powtórce opery Jeana Philippe'a Rameau Naïs, którą będziemy mogli zobaczyć na deskach Filharmonii Narodowej w Warszawie już jutro, 8 maja.
Spektakl w Bydgoskiej Opera Nova pokazano 30 kwietnia i przyniósł różne opinie, ale pamiętając triumfalne przyjęcie Zamorskich zalotów tegoż kompozytora w Bydgoszczy dwa lata temu, mamy nadzieję na powtórkę! Naïs jest stanowczo mniej znana, co tylko pogłębia apetyt, oczywiście. W głównej roli Natalia Kawałek, a międzynarodowym zespołem Il Giardino d'Amore pokieruje oczywiście Stefan Plewniak.

wtorek, 1 maja 2018

Bydgoski Festiwal Operowy - "Hercules" Haendla

Mary-Ellen Nesi; fot. Kostas Mitropoulos
Wczorajsza premiera Nais wzbudziła mieszane uczucie. Jedni chwalą, inni są rozczarowani. Kto ma rację, przekonamy się już wkrótce w Warszawie, bowiem spektakl w wersji pół-scenicznej zostanie pokazany w Filharmonii Narodowej 8 maja.
A tymczasem przed nami wielki finał 5 maja! A na finał BFO zaprosiło Nationaltheater Mannheim ze sceniczną wersją dramatu muzycznego Georga Friedricha Haendla Hercules, uważanego co prawda oratorium, ale przedstawianego scenicznie, żeby wspomnieć znakomitą inscenizację Williama Christiego z 2005 roku ze genialną Joyce DiDonato w roli Dejaniry. Do dziś żałobna aria My brest with tender pity swells w wykonaniu Ingeli Bolin wyciska mi łzy z oczu...
Spektakl, który zobaczymy w Bydgoszczy, poprowadzi Bernhard Forck, a wyreżyserował Nigel Lowery, obsada jest na razie nieznana, poza facebbokowa informacją Mary-Ellen Nesi, że do Bydgoszczy przyjedzie. Czyżby jako Dejanira? To świetna śpiewaczka i chętnie znów usłyszę ją na żywo. A i nowej inscenizacji bardzo jestem ciekawa, bo przebić Christiego nie będzie łatwo...

czwartek, 26 kwietnia 2018

XXV Bydgoski Festiwal Operowy -"Naïs" Rameau

Czyżby nieśmiała jaskółka zmian? W poprzednim poście rozpaczałam nad mizerią barokowego repertuaru naszych scen muzycznych, a tu proszę!
Podczas tegorocznej edycji Bydgoskiego Festiwalu Operowego przewidziano aż dwa(!) spektakle barokowe. Każdy z całkiem innej bajki, co należy chyba traktować jak zaletę. Info oczywiście w naszym kalendarium.
Na pierwszy ogień - Jean-Philippe Rameau. Dla tych, którzy mieli okazję obejrzeć Les Indes Galantes dwa lata temu - wiele elementów wydaje się znajomych. Tym razem opera-ballet Naïs francuskiego mistrza zobaczymy w wersji półscenicznej, grać będzie dobrze znane w Bydgoszczy Il Giardino Amore po dyrekcją Stefana Plewniaka, zaśpiewa z pewnością Natalia Kawałek (prywatnie żona dyrygenta), a także Sean Clayton, Erwin Aros, Cecile Achille i David Witczak, a zatańczą uczniowie Szkoły Baletowej w Poznaniu. Spektakl reżyseruje Oliver Lexa, reżyser ze znakomitym dorobkiem, myślę więc, że będzie co podziwiać.
A dla tych, którzy nie mogą 30 kwietnia wybrać się do Bydgoszczy - powtórka 8 maja w Filharmonii Narodowej w Warszawie!


poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Tak się to robi w Wiedniu!

No i masz babo placek! Po przestudiowaniu programu nowego sezonu operowego w Theater an der
Wien przeżyłam prawdziwe załamanie nerwowe. Już we wrześniu premiera Alciny z Marlis Petersen jako czarownicą i Davidem Hansenem jako Ruggierem i koncertowa wersja Gismonda Vinciego z Maxem Emanuelem Cencicem i Juriyem Mynenko oraz... naszą swojską Orkiestrą Historyczną pod kierunkiem Martyny Pastuszki. A to dopiero otwarcie!
Max Emanuel Cencic zaprasza na Gismonda; fot. Anna Hoffmann
Czegóż tam nie ma - w listopadzie Teseo Haendla, w styczniu King Arthur Purcella, w kwietniu Orlando (znów Haendel) - a to tylko wersje sceniczne!
Koncertowo równie ciekawie - po wrześniowym Vincim w październiku Serse z Fagiolim, w grudniu Messiah, w marcu Orlando furioso (znów Cencic, a także m.in. Lezhnieva), a w kwietniu Rinaldo pod Spinosim (m.in. z Mineccim). Obsady jak marzenie, cen na wszelki wypadek nie sprawdzałam - i tak nie da się bywać w Wiedniu (albo jak mówią w Krakowie - we Wiedniu) co miesiąc.
W sercu bunt i gorycz - dlaczego Wiedeń może mieć tyle barokowych premier (cztery na dziewięć scenicznych - trzy Haendlowskie i jedna Vivaldiego), a u nas... Szkoda gadać!
Na pociechę pozostaje nam Bydgoski Festiwal Operowy i tak nadzwyczaj barokowy w tym roku (Rameau i Haendel), spróbuję się tym pocieszyć...
Dla zasobnych i chętnych - szczegółowy program tutaj.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Vivaldi i Carmignola na Zamku

Giuliano Carmignola; mat. prom. WOK
W oczekiwaniu na zaskakująco barokową tegoroczną edycję Bydgoskiego Festiwalu Operowego można w stolicy udzielić się instrumentalnie. W ubiegłym tygodniu Haendel w Filharmonii Narodowej, a w najbliższą niedzielę Vivaldi, czyli Cztery pory roku na Zamku Królewskim. Vivaldi jak Vivaldi - śliczny, efektowny (żeby nie napisać efekciarski) i wart słuchania. Zwłaszcza że wykonanie będzie niezwykłe - solistą tego koncertu będzie Giuliano Carmignola, a klasę tego skrzypka nikomu przedstawiać nie trzeba - samo wymienienie znamienitych orkiestr i dyrygentów, z którymi współpracował, zajęłoby zbyt dużo czasu i miejsca. Nie wspominając o nagrodach, rozmaitych Diapazonach itd. Towarzyszyć mu będzie Cappella Gedanensis.
A ja przypominam niezwykłe zupełnie wykonanie tego hitu Vivaldiego na nieistniejącym już festiwalu Masovia Goes Baroque w 2012 przez Il Tempo Armonico z absolutnie genialnym solistą Davide Montim. Lata mijają, a ja wciąż mam wrażenie, że dotknęłam wówczas dzieła mistrza w jego najczystszej, najautentyczniejszej postaci. Czy Carmignola przykryje to wspomnienie?

czwartek, 12 kwietnia 2018

"Concerti grossi" Haendla w Filharmonii Narodowej

Dziś kolejna odsłona cyklu Po prostu Filharmonia!, a w niej Concerti grossi op. 6 (nr 4-8 i 10)
Georga Friedricha Haendla. Podobno powstały w ekspresowym tempie na sezon artystyczny  1739/40 dla wypełnienia przerw podczas koncertów oratoryjnych w londyńskim Lincoln's inn Fields Theatre.  Bo koncerty organowe znudziły się publiczności. Ot! dla Heandla zwykła muzyczna konfekcja. A przy okazji jedna ze szczytowych form instrumentalnych muzycznego baroku. Jednym słowem - uczta dla ucha!

Orkiestra Kore; fot. mat. prom FN
Concerti grossi Haendla są typowe dla ówczesnej muzyki koncertującej, wzorowane na formach wypracowanych na początku XVIII wieku przez Corellego. Czyli ripeno concertino dialogujące ze sobą, niekiedy rywalizujące, niekiedy współpracujące.
Jak zrealizuje je Orkiestra Kore pod kierunkiem klawesynisty Eduarda Lopeza Banzo? Przekonamy się już dziś!

wtorek, 3 kwietnia 2018

Monumentalny "Samson" Haendla w Krakowie

Samson Haendla w Krakowie; fot. IR
To był prawdziwy dylemat. W niedzielę wielkanocną 1 kwietnia nastąpiła kulminacja pojedynku Actus Humanus vs. Misteria Paschalia - pojedynek na dwa oratoria Haendla. W Gdańsku moje ukochane Il Trionfo del Tempo e del Disinganno - w Krakowie Samson. Ponieważ Il Trionfo... słyszałam już kilkakrotnie, w różnych wykonaniach, także na żywo, postanowiłam wysłuchać Samsona - koncert transmitowała na żywo telewizja Mezzo, więc pewnie będzie okazja posłuchać ponownie, ale możliwość uczestnictwa w tym przedstawieniu wydała mi się niezwykle kusząca.
To jedno z późniejszych oratoriów mistrza - rówieśnik Mesjasza - podobno w czasach Haendla popularnością biło go na głowę. Dzieło ogromne nie tylko ze względu na wielkość aparatu wykonawczego - soliści, chóry, orkiestra - także bardzo długie (240 minut!, w tym tylko dwie krótkie przerwy). Kocham opery Haendla, nieco mniej późne "oratoria z trąbami", ale trąb w Samsonie nie było aż tak wiele, choć oczywiście patos i moralizatorstwa wylewały się ze sceny w hurtowych ilościach. Było też na szczęście całkiem sporo liryzmu, a nawet erotyzmu (kusicielska Dalila!), a także poczucia humoru (chełpliwy Harapha!). W ogóle akt drugi zdecydowanie najlepszy, najbardziej zróżnicowany nastrojowo, najbardziej... operowy! Całość na pewno warta wysiłku i czasu. Więcej szczegółów obsady i wrażeń - tutaj.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Misteria Paschalia: Pasja wg św. Mateusza

Pasja według św. Mateusza to chyba najbardziej monumentalne dzieło Bacha. Jest też niebywale poruszające emocjonalnie, choć niektórzy wolą krótszą i bardziej „skondensowaną” Pasję według św. Jana. Dla mnie jednak Pasja Mateuszowa do dzieło absolutne: wiara i żarliwość religijna, emocje i przeżywanie męki Jezusowej ze wszystkimi budującymi ją szczegółami, a wszystko w najdoskonalszej z możliwych form muzycznych. Jak stwierdził kiedyś zaprzyjaźniony ateusz: Jak się tego słucha, to można w Boga uwierzyć!
Nie jestem znawczynią Bacha, ale miałam szczęście wysłuchać kilku naprawdę dobrych wykonań. Przede wszystkim Pasji, którą na krakowskich Misteriach przedstawił przed kilku laty Marc Minkowski, eksploatującą emocjonalnie w sposób niewyobrażalny i pozostawiającą  zupełnie niepowtarzalne wrażenie, dalej Pasji, którą przed dwoma lata zamykał wrocławski festiwal Eliott Gardiner, chyba bliższą duchowi Bacha, doskonałą, perfekcyjną w każdym calu, przemyślaną i wyważoną w każdym szczególe, także emocjonalnie, po prostu doskonałą.

Pasja wg św. Mateusza na Misteriach Paschaliach 2018; fot. IR
Na tym tle Pasja wg św. Mateusza przygotowana przez zespoły Orchestra i Choir of the Age of Enlightenment, a wykonana 30 marca w sali krakowskiego ICE jawi się całkiem inaczej i znacznie bladziej, niestety. Całość była przygotowana przez Marka Padmore’a, który jednak podczas koncertu przede wszystkim śpiewał, znakomicie zresztą, partię Ewangelisty. Jednak przez taki zabieg – brak żelaznej ręki dyrygenta czuwającego nad precyzją zgrania ogromnego aparatu wykonawczego – dawało się odczuć brak jednej, konsekwentnej myśli przewodniej. Trochę tak, jakby każdy z wykonawców – zarówno orkiestra, jak i chór i grono solistów – wykonywał jakąś swoja Pasję, swoją interpretację Bachowskiego arcydzieła. I nie chodzi mi oczywiście o „zgranie” zespołu, bo było ono całkiem niezłe, choć zdarzyło się kilka miejsc, w których miałam wrażenie, że coś się lekko „rozłazi”, głównie instrumentalnie. Padmore twierdził, że dzięki brakowi dyrygującego, lepiej się nawzajem słuchają i współpracują ze sobą. Pewnie tak jest. Ale nie chodzi mi tu o precyzję zgrania zespołu. W końcu to nie ona jest tak naprawdę najważniejsza. Najważniejsza jest wizja, która spaja całość, którą zgodnie realizują wszyscy uczestniczący w przekazie. I takiej wizji podczas koncertu niestety mi brakowało.
Nawet jeśli poszczególne fragmenty, kolejne elementy były świetne – kilka naprawdę wspaniale wykonanych arii: oczywiście Erbarme dich (piękny, głęboki alt Claudii Huckle), znakomite partie chóralne i chorałowe, świetnie poprowadzona partia Ewangelisty (Mark Padmore) i Jezusa (Roderick Williams), w ogóle poza kilkoma nieudanymi fragmentami całość była wyrównana i trzymała wysoki poziom. I choć pozostał lekki niedosyt, cieszę się, że w ten wielkopiątkowy wieczór mogłam usłyszeć i przeżyć po raz kolejny Bachowskie dzieło, które właściwie w każdym wymiarze – artystycznym, muzycznym, religijnym i duchowym – jest jednym z najważniejszych w naszej kulturze.

poniedziałek, 26 marca 2018

Responsoria wśród mamutów

Graindelavoix w Muzeum Geologicznym w Warszawie 25 marca 2018; fot. IR
Wczorajszy koncert 25 marca, ostatni w cyklu tegorocznych imprez muzycznych w ramach festiwalu Nowe Epifanie, a drugi z występów na tym festiwalu rewelacyjnej grupy Graindelavoix, był niezwykły pod wieloma względami.
Po pierwsze - długość. Tenebrae Responsoria Carla Gesualda da Venosa to program autorski zestawiający responsoria skomponowane przez tego twórcę na trzy dni Wielkiego Tygodnia: Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę. Rzadko wykonywany razem, przede wszystkim ze względu na długość. Każdy dzień to ponad godzina śpiewu, krótkie przerwy pomiędzy - koncert trwał blisko cztery godziny! Jaka musi być kondycja wykonawców - śpiewających przez cały ten czas a capella? Trudno sobie wyobrazić...
Po drugie - kompozytor. Gesualdo to postać niezwykła pod każdym względem. XVII-wieczny arystokrata z książęcym tytułem, niebywale uzdolniony muzycznie - lutnista i kompozytor, a do tego człowiek psychicznie niezrównoważony, morderca, który zabił przyłapanych in flagranti żonę i jej kochanka, a zwłoki wystawił na widok publiczny, zmarł w odosobnieniu, pogrążony w szaleństwie. Ta nadmiernie emocjonalna osobowość znalazła odbicie w tworzonej przez Gesualda muzyce, głównie motetach, a zwłaszcza responsoriach. Cechują je rozbuchane emocje, dziwna, oryginalna chromatyka, skoki melodyczne, dysonanse, słowem cały arsenał środków muzycznych w niezwykle skoncentrowanej formie, wyrażający silne emocje twórcy i wzbudzających silne emocje odbiorcy. Powstało dzieło miejscami tak niezwykłe, że - jak twierdzą znawcy - zbliża się niemal do muzyki atonalnej!
Po trzecie - wykonawcy. Graindelavoix to niewątpliwie czołówka muzyków śpiewających muzykę dawną, głównie renesansową, znana z oryginalnego brzmienia, charakteryzującego się wyraźną bizantyjską, a nawet bliskowschodnią nutą (co było szczególnie dobrze słyszalne tydzień temu podczas Nieszporów cypryjskich). Ich interpretacje bywają kontrowersyjne i budzą opór muzykologicznych purystów, ale niewątpliwie w emocjonalną muzykę Gesualda trafiają rewelacyjnie. W końcu kilkugodzinna polifonia mogłaby się stać monotonna i nudna, a śpiewakom z Graindelavoix udało się nie tylko przykuć uwagę słuchaczy, ale wręcz ich "zaczarować" - możecie nie wierzyć, ale mogłabym ich słuchać kolejne trzy godziny! Wielka w tym zasługa prowadzącego zespół Bjorna Schmelzera - muzykologa, antropologa i wizjonera (nota bene wyglądającego raczej jak szwedzki fan black matalu albo wardruny), który w niesamowitym skupieniu prowadził wykonawców, panując nad każdym dźwiękiem.
Po czwarte wreszcie - miejsce. Pierwszy raz słuchałam muzyki w Muzeum Geologicznym. Pomijając oryginalny entourage - szkielety mamutów i nosorożców oraz liczne gabloty ze skamielinami i głazami - wnętrze ma bardzo ciekawą akustykę. Siedziałam blisko, ale podobno odbiór był równie dobry na dalszych miejscach, a także na balkonach wokół głównej sali. Muzycy śpiewali w kręgu, przesuwając się zresztą co jakiś czas przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, dzięki czemu można było usłyszeć rozmaite układy głosów w przestrzeni.
Podsumowując - wieczór niezwykły i niezapomniany. Następna okazja - już wkrótce.
Ggraindelavoix wystąpi na tegorocznej Wratislavii!


niedziela, 18 marca 2018

Nieszpory cypryjskie - Graindevaloix

Graindelavoix; fot. IR
Pierwszy koncert formacji Graindelavoix na festiwalu Nowe Epifanie odbył się dziś w kościele ewangelicko-reformowanym. Zgodnie z zapowiedzią był to program muzyki późnego średniowiecza z odnalezionego przed kilku laty tzw. "Codex Turin J.II.9" z kompozycjami zapoznanego twórcy Jeana Hanelle. Kodeks mieści - bagatela - 334 utwory tego autora i z nich to właśnie prowadzący zespół Bjorn Schmelzer ułożył program nazwany Nieszporami cypryjskimi. Polifonia piękna, niekiedy o wyraźnie wschodnim, biznatyjsko-maronickim charakterze, a nawet z posmakiem arabskim.
Graindelavoix okrzyknięty jakiś czas temu rewelacją - rzeczywiście świetny, śpiewają ciekawie, wyraźnie inaczej niż znani mi i słyszani dotąd wykonawcy motetowo-madrygałowi. Czy to sposób interpretacji tej konkretnie muzyki, czy też ich indywidualna maniera - przekonam się zapewne za tydzień podczas Ciemnych jutrzni Gesualda. Koncert udany, choć ścisk w kościelnych ławkach nieco przeszkadzał w odbiorze.

środa, 14 marca 2018

Marzec koncertowy

Marzec to czas takiej obfitości koncertów, że niezbędna staje się sztuka rezygnacji - chyba że z
aktywności wyłączy nas grypa...
Kulminacja oczywiście w ostatnim tygodniu - pojedynek Misteria Paschalia vs. Actus Humanus.
Ale i wcześniej aż roi się od ciekawych propozycji.
W ostatni piątek 9.03 w Collegium Nobilium premiera Il Trespolo Tutore Stradelli przygotowana jako spektakl dyplomowy Uniwersytetu Muzycznego. Spektakli będzie kilka - warto sprawdzić w kalendarium.
W piątek 16.03 Bachowska Pasja Mateuszowa w kościele Świętego Krzyża - realizacja WOK. W niedzielę 18.03 za to w Katowicach Pasja wg św. Jana w znakomitym wykonaniu - pod dyr. Philippe'a Herreweghe!
W niedzielę również pierwszy z koncertów Graindelavoix - rewelacji ubiegłorocznego Actusa. W ramach festiwalu Nowe Epifanie wystąpią w Warszawie dwa razy. Na pierwszy ogień Nieszpory cypryjskie, co brzmi jak rozgrzewka przed planowanymi na niedzielę 25.03 Ciemnymi Jutrzniami Gesualda - koncert, bagatela, 240 minut! Będzie się działo!
A w WOK w przyszły weekend Imeneo Haendla - tylko dwa spektakle!
O pomniejszych koncertach nie wspomnę, ale co się dało wpisać do kalendarium - jest wpisane.
Wkrótce info o Festiwalu Operowym w Bydgoszczy (tym razem dwa spektakle barokowe!) i o Wratislavii.

środa, 21 lutego 2018

"Nędza uszczęśliwiona" w Tatrze Królewskim

Obowiązkowy happy end w finale; fot. IR
W najbliższy weekend czeka nas kolejna premiera Polskiej Opery Królewskiej z cyklu świętującego 100-lecie niepodległości, a więc stricte polskiego. Tym razem będzie to Nędza uszczęśliwiona Macieja Kamieńskiego uchodząca przez lata za pierwszą polską operę (swoją drogą to ciekawe, że pierwszą polską operę stworzył Słowak...). Premiery zaplanowano na 23 i 25 lutego, ja miałam okazję uczestniczyć w próbie generalnej we wtorek, 20 lutego.
Nie wnikając w to, czy Nędza jest nadal pierwszą polską operą, czy Polowanie na zająca ją zdetronizowało, jest to niewątpliwie błahy, acz miły kawałek muzyczny. To krótka dwuaktowa opera buffa, nawiązująca formą do włoskich intermezzi, zabawna, z mówionymi recytatywami i krótkimi ariami accompaniato. Libretto napisał do niej Wojciech Bogusławski, ojciec polskiego teatru, w 1778 jeszcze młodzieniec, przerabiając sztukę Franciszka Bohomolca.
Sztuka opisuje konkury do reki pięknej Kasi, do których przystępują ubogi Antek i zasobny Jan. Matka popiera bogatego apsztyfikanta, jednak serce Kasi skłania się ku Antkowi. Młodzieniec szuka pomocy na dworze swego pana i otrzymuje odeń wsparcie, dzięki któremu zdobywa ukochaną. Peany na część "dobrego pana" nie mają końca.
Reżyser Jarosław Kilian celnie wydobył ze sztuki jej potencjał komiczny, gra aktorska, kostiumy i scenografia również go podkreślają.
Muzyka Kamieńskiego brzmiała we wnętrzu Teatru Stanisławowskiego uroczo. Jest to zresztą całkiem zgrabny kawałek muzyczny, począwszy od pięknej uwertury, przez melodyjne, wpadające w ucho arie. Zespół pod kierunkiem Tadeusza Karolaka radził sobie z warstwą muzyczną bez zarzutu.
Trochę gorzej było z głosami. Śpiewający Antka tenor Sylwester Smulczyński był ledwo słyszalny, lepiej brzmiał baryton Piotra Kędziory jako groteskowego Jana. Najsłabiej wypadły soprany: nieco lepiej Małgorzata Grzegorzewicz-Rodek jako matka, gorzej Agnieszka Kozłowska jako Kasia - jej blaszany głos brzmiał fałszywie i ostro w górnych rejestrach. Strona wokalna spektaklu to zdecydowania najsłabszy punkt programu - mam nadzieję, że druga obsada spisze się lepiej.
W sumie mimo obaw, z którymi zmierzałam do Łazienek, wieczór był udany. A opera Kamieńskiego to nie tylko muzealny relikt, ale kawał całkiem dobrej muzyki, wart przypomnienia.



wtorek, 20 lutego 2018

"Armide" Haydna w Filharmonii Narodowej

To był pierwszy w tym sezonie koncert tzw. muzyki dawnej w Filharmonii Narodowej (drugi zapowiedziano na maj), choć repertuar historyczny pojawia się też podczas innych projektów (vide Po prostu... Filharmonia! poniżej). Jednak w porównaniu z tym, co proponują inne muzyczne instytucje (np. NOSPR), pozostaje ogromy niedosyt!
Choć marzyłabym o baroku, jednak opera Haydna to na tyle rzadki przysmak, że z zainteresowaniem pospieszyłam do filharmonii, gdzie 19 lutego wystawiono Armide Josepha Haydna w wersji koncertowej.
Opery Haydna, w przeciwieństwie do oratoriów, grywa się rzadko - w Polsce chyba wcale - przyznam szczerze, że nie miałam możliwości zetknąć się z nimi do tej pory. A jak się przekonałam - warto! Temat dzieła co prawda oklepany do niemożliwości: wątki z Jerozolimy wyzwolonej Tassa, czyli historia trudnej 'relacji' czarodziejki Armidy i krzyżowca Rinalda, temat chyba ponad czterdziestu oper, w tym tak genialnych jak Rinaldo Haendla. Opera konwencjonalna, bez spektakularnych i oryginalnych rozwiązań, ale muzyka niezwykle piękna, a wykonanie po prostu modelowe!

Kammerorchester Basel; fot. mat. pras. NOSPR
Zacznijmy od orkiestry. Kammerochester Basel to światowego formatu orkiestra, grająca cudownie i perfekcyjnie. a pod ręką Rene Jacobsa - chyba w szczytowej formie. Jeszcze nie słyszałam tak granego Haydna - lekko, niemal po mozartowsku (uwertura!), pięknym, pełnym dźwiękiem o niezwykle miękkiej barwie. Co prawda jestem przyzwyczajona do orkiestr grających na instrumentach historycznych, ale klasa tego wykonania z nawiązką nagradzała odmienność barwy dźwięku współczesnych instrumentów.
Przyjęto formułę wersji pół-scenicznej (trochę podobną do tej, którą przyjął Gardiner w przedstawieniu Powrotu Ulissesa na ubiegłorocznej Wratislavii). Czyli bez scenografii, bez kostiumów, ale w ruchem scenicznym - chwilami nawet trochę nadmiernym. Grono solistów świetne i bardzo wyrównane: Armida - Brigitte Christensen - piękny, dramatyczny sopran, Rinaldo - Thomas Walker - tenor, z dużą ekspresją oddający rozterki głównego bohatera, miejscami zbyt lekki (kiedy śpiewał w tyle sceny, za orkiestrą, słabo było go słychać), Ubaldo - Anicio Zorzi Giustiniani - świetny, głęboki głos, wykonawca dużego formatu, Clotarco - Magnus Staveland - znakomity tenor, głos już w Polsce znany (z Opera Rara), Idreno - Riccardo Navaro, ciepły, sugestywny baryton, i wreszcie Robin Johannsen, druga z sopranistek, śpiewająca partię Zelmiry - jedyna rozczarowująca, głos zbyt lekki, bez siły dramatycznej, z innej bajki.
Do recitativo secco przygrywał na pianoforte Sebastian Wienand i przyznam, że to mi zupełnie nie pasowało, zwłaszcza że chwilami wygrywał dziwne rzeczy. Recitativo accompaniato natomiast - przepiękne, bogate muzycznie i dramatycznie. Do tego znakomite arie i pełne dramatycznej ekspresji - duet na koniec pierwszego aktu i tercet na koniec drugiego - w końcu Haydn był mistrzem malowania nastrojów, co udowadnia wielokrotnie, np. w swoich słynnych oratoriach.
Podsumowując - nadzwyczajnie udany wieczór, pełen wspaniałych wrażeń muzycznych, repertuar oryginalny, wykonanie znakomite. Dwie i pół godziny muzycznej uczty!
I tylko żal, że takiej muzyki w FN jak na lekarstwo, bilety horrendalnie drogie (jedna trzecia sali pusta), a obsługa skupia się głównie na tropieniu widzów, którzy próbują zrobić pamiątkowe zdjęcie podczas owacji (!). Kwiatów na koniec nie było. Oszczędzamy?

czwartek, 15 lutego 2018

Mauillon & consortes

Biffi i Mauillon;
fot. alain genuys/centre de musique medievele de paris
Dwa wieczory z muzyką średniowieczną za nami.
13 lutego Marc Mauillon śpiewał a capella - muzykę głównie średniowieczną (od VIII do XV wieku), przeplatając ją utworami XX-wiecznymi. Zestawienie wydawało się ryzykowne. Utwory średniowieczne wykonywał artysta tradycyjnie, swoim pięknym głosem o zadziwiającej rozpiętości (tenor? baryton?). Natomiast we współczesnych, mocno awangardowych (m.in. kompozycje Philippe'a Leroux czy Meredith Monk), operował głosem w sposób zupełnie nieprawdopodobny, traktując go jak posłuszny instrument, zdolny do tworzenia oryginalnej, zaskakującej faktury dźwięków. Dzięki takim kontrastom koncert był dynamiczny i przykuwający. Powstało zwarte widowisko - swoisty monodram. Owacja była w pełni zasłużona.
Wczoraj, 14 lutego repertuar był już jednorodny, obejmował utwory Guillaume'a de Machaut. Mauillonowi towarzyszyła na harfie Angelique Mauillon i na fideli VivaBiancaLuna Biffi oraz flecista i autor tego widowiska - Pierre Hamon. Pięknemu głosowi Mauillona towarzyszył tym razem nieco piskliwy głos Biffi, niekiedy wtórowali też pozostali. Całość jednak, zwłaszcza druga część, była nieznośnie monotonna, choć do wykonania nie sposób się przyczepić. Może Hamon powinien był inaczej ułożyć ten program?
A tym czasem w Warszawskiej Operze Kameralnej Mozartowska Łaskawość Tytusa. Niestety, nie dam rady, liczę na powtórkę...

poniedziałek, 12 lutego 2018

Dwa wieczory z Mauillonem

Marc Mauillon, fot. mat. prom. FN
W swoim cyklu Po prostu... Filharmonia! stołeczna instytucja muzyczna promuje od początku wydarzenia kameralne, mniej spektakularne niż - dajmy na to - opery, ale często bardzo ciekawe. Tak jest z twórczością Marca Mauillona, francuskiego tenora specjalizującego się w muzyce dawnej, przede wszystkim średniowiecznej.
Na deskach Filharmonii Narodowej zaśpiewa nie po raz pierwszy. W ubiegłym sezonie "dostał" dwa wieczory, tak samo będzie i tym razem.
Pierwszy wieczór już jutro, 13 lutego. Mauillon zaśpiewa solo, a capella,  muzykę średniowieczną mniej więcej (jak wynika z programu) od VIII do XV wieku.
A pojutrze 14 lutego koncert poświęcony w całości twórczości Guillame'a de Machaut. Mauillonowi tym razem będzie towarzyszyło trio instrumentalistów, w tym jego żona harfistka Angelique Mauillon, a także moja ulubienica VivaBiancaLuna Biffi (uwielbiam ją przede wszystkim za to odlotowe imię!).
Głos przepiękny, interpretacje liryczne i głębokie. To będą piękne wieczory!

sobota, 3 lutego 2018

Muzyczny teatr Marca Beasley

Marco Beasley i {oh!} Orkiestra Historyczna w NOSPR; fot. IR
2 lutego katowicki NOSPR przedstawił kolejny z koncertów muzyki dawnej w tym sezonie. To był z pewnością jeden z najdziwniejszych koncertów, w jakich miałam okazję uczestniczyć.
W pierwszej części {oh!} Orkiestra Historyczna wykonała szereg utworów Adama Jarzębskiego ze zbioru Canzoni e Concerti z 1627 roku - w możliwie atrakcyjnej formie, z podziałem na kilka składów, wykonujących kolejne utwory na zmianę, to przeplatających się, to dialogujących ze sobą. Jednak tak część instrumentalna w blisko półtoragodzinnej dawce była dość monotonna.
Po przerwie usłyszeliśmy natomiast krótki madrygał Claudia Monteverdiego z ósmej księgi zatytułowany Combattimento di Tancredi e Clorinda z 1624 roku.
Utwór opowiada tragiczną historię opisaną w "Jerozolimie wyzwolonej" przez Torquata Tassa. Tankred, bohaterski krzyżowiec, zakochuje się w pięknej Saracence Kloryndzie, Jednak podczas nocnej walki zabija ją w pojedynku, nieświadom, z kim walczy. Śmiertelnie ranna wojowniczka odkrywa oblicze i umiera w ramionach ukochanego, ku jego rozpaczy.
Utwór jest krótki i występują w nim trzy postacie: Narrator i dwójka bohaterów -Tankred i Klorynda. Wykonywany jest rzadko, ale udało mi się już go wysłuchać niespełna trzy lata tamu w warszawskim Studio Lutosławskiego w wykonaniu artystów z ówczesnej Warszawskiej Opery Kameralnej (szczegóły obsady tutaj). Brzmiał ładnie, ale niczym szczególnym się wówczas nie zachwyciłam.
Tym razem wybrani instrumentaliści {oh!} Orkiestry towarzyszyli zaledwie jednemu soliście, ale za to jakiemu! W trzy rolę rozpisane w madrygale wcielił się Marco Beasley. Słuchałam i patrzyłam z coraz większym zdumieniem. Przed naszymi oczami został odegrany cały teatr! Z drewnianą laską symbolizującą rycerski miecz włoski tenor opowiedział i przedstawił cała historię z niebywałą ekspresją i dramatyzmem. Odegrał wszystkie trzy role, skupiając uwagę publiczności, która śledziła opowieść niemal wstrzymując oddech. Orkiestra ilustrowała muzycznie ten teatr z doskonałą precyzją, idealnie zgrana z solistą, zmieniając tempo, wytrzymując pauzy i stapiając się niemal w jedno z głosem śpiewaka (widać, że nie marnowali czasu na próbach - tym bardziej żałuję, że nie mogłam w nich uczestniczyć, z pewnością było co obserwować!). Całość robiła niesamowite wrażenie!
Jedyny zarzut, jaki mogę postawić, to ten, że druga część koncertu była tak krótka - zetknęliśmy się ze sztuką niezwykłą, niebanalną i robiącą niezapomniane wrażenie. Niestety - krótko. Wychodziliśmy z NOSPR oczarowani i... rozczarowani, z ogromnym poczuciem niedosytu.
Proszę więcej!

piątek, 2 lutego 2018

{oh!} Orkiestra Historyczna i Beasley w NOSPR

Marco Beasley; fot. Magdalena Hałas Photopgraphy
Po otwartych próbach w Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej dziś koncert w sali Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach - {oh!} Orkiestra Historyczna i Marco Beasley. W programie pierwszej części Adam Jastrzębowski Canzoni i Concerti, w drugiej -  Monteverdi i Combattimento di Tancredi e Clorinda.
Monteverdiego Beasley śpiewa znakomicie (teraz możecie zgadnąć, skąd taki własnie tytuł tego bloga...) Lecz tym razem przedsięwzięcie wydaje się dość karkołomne: wszystkie trzy role - czyli Tancreda, Clorindy i narratora - zaśpiewa... sam Beasley. Nie wątpię, że da radę, ale jak to rozwiąże, bardzo jestem ciekawa.
{oh!} Orkiestry Historycznej jeszcze na żywo nie słyszałam i ogromnie jestem jej ciekawa. Zwłaszcza, że jest formacją nader aktywną i coraz silniej akcentuje swoja obecność na scenach muzycznych, nie tylko polskich zresztą.
Tak czy owak uczta dla fanów Marca i Monteverdiego - zapewniona!

środa, 24 stycznia 2018

"Alexander i Apelles" Kurpińskiego w Łazienkach

Trójka solistów z projekcją w tle; fot. IR
Trzeba przyznać, że Polska Opera Królewska imponuje aktywnością. 100-lecie odzyskania
niepodległości postanowiła uczcić przypomnieniem zapoznanych dzieł polskich kompozytorów, a pierwszą premierą tego cyklu będzie zapowiadana na 26 i 27 stycznia opera Karola Kurpińskiego "Alexander i Apelles".
Jednoaktówka miała swoją prapremierę w Warszawie 17 marca 1815 roku. Grywano ją sporadycznie, w końcu uznano za zaginioną, jednak została odnaleziona współcześnie przez Wojciecha Czemplika, dyrektora festiwalu Musica Sacromontana, i opracowana przez Macieja Bolewskiego. W ubiegłym roku operę w reżyserii Ryszarda Peryta przypomniano w Kaliszu, natomiast pełną inscenizację można było dziś zobaczyć podczas premiery prasowej  na scenie Teatru Królewskiego w Łazienkach.
Orkiestrę w niewielkim składzie prowadził Zbigniew Graca. W operze są zaledwie trzy partie solowe: Alexandra śpiewał Robert Gierlach (zmieniał go będzie Robert Szpręgiel), Apellesa - Tomasz Krzysica (zamiennie Leszek Świdziński), Pankrastę - Tatiana Hempel-Gierlach (zamiennie Marta Wyłomańska). Kostiumy i rekwizyty przygotowała Marlena Skoneczko, scenografia ograniczała się do projekcji w tle, taboretu i barokowej sztalugi.
Treść mało wyszukana: w prologu Apelles wygłasza długą mowę pochwalną na cześć Alexandra, cesarz przyprowadza doń piękną Pankrastę, by malarz stworzył jej portret, ten waha się, jak przedstawić jej urodę i sam się w niej zakochuje, a Aleksander oddaje mu swoją brankę. W finale chór sławi łaskę władcy. Jednym słowem władza dobra i łaskawa jest.
Odnotowuję to wszystko bardziej z obowiązku niż entuzjazmu, uważam bowiem operę Kurpińskiego za dzieło słusznie zapomniane. Warstwa muzyczna miejscami bywa nawet interesująca, najciekawiej wypadła nieco przydługa uwertura. Libretto Ludwika Adama Dmuszewskiego trąci jednak nieznośną manierą, a patetyczne recytacje brzmią nieco groteskowo. Arie przeciętne, wykonane zostały przez solistów poprawnie, choć nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że bez przekonania. Najlepiej brzmiał tercet.
Dzieło Kurpińskiego ma niewątpliwie wartość muzealną, można je nawet uznać za cenny zabytek, choć chyba celniejszym słowem byłaby po prostu ramota. Ktoś z publiczności trafnie spuentował dzieło słowami Kisiela: Dobre, bo krótkie.

sobota, 20 stycznia 2018

Oratorium Haendla w TVP Kultura

Scena z inscenizacji oratorium Il Trionfo... w Aix; zdj. ze str. festiwalu
To jedna z rzeczy absolutnie zadziwiających - w naszej polskiej telewizji na kanale TVP Kultura zapowiedziano odtworzenie 21 stycznia o godzinie 14.25 nagrania Il Trionfo del Tempo e del Disinganno Georga Friedricha Haendla, które miało premierę na festiwalu w Aix-en-Provance w lipcu 2016 roku. Orkiestrę Le Concert d'Astree prowadziła Emmanuelle Haim, a wśród solistów znalazł się m.in. Franco Fagioli w roli Piacere.
To wczesne oratorium mistrza z 1707 roku, kameralne i - wydawałoby się - zupełnie nietatralne, raczej moralitet, w którym nieubłagany czas ukazuje nam złudę piękna cielesnego i wyższość duchowego. Wyreżyserowanie tego dzieła, w którym brak jakiejkolwiek akcji scenicznej, powierzono Krzysztofowi Warlikowskiemu, a on tę akcję całkiem udatnie wymyślił. Inscenizacja była dostępna na culturboxie, ale dolce-tormento miało to szczęście, że zaprzyjaźniona uczestniczka festiwalowych wydarzeń, obecna na tym przedstawieniu, napisała szczegółową relację, dostępną tutaj. Rzadko mamy okazję zaprosić do TVP, ale tym razem robimy to z zapałem!


Opera Rara, Monteverdi i Kurpiński

Festiwal Opera Rara wystartował w zmienionej formule. Oper barokowych jak na lekarstwo, ale w niedzielę 21 stycznia w Teatrze Słowackiego Zstąpienie Orfeusza do piekieł Marc-Antoine'a Charpentiera w interpretacji Ensemble Desmarest pod dyr. Ronana Khalila, a wśród solistów m.in. Cyril Auvity i Celine Scheen.
Tymczasem czekam na kolejny koncert w katowickim NOSPR. Wystąpi {oh!} Orkiestra Historyczna z programem w pierwszej części polskim (Adam Jastrzębski), w drugiej Combattimento di Tancredi e Clorinda Monteverdiego z Marco Beasleyem we wszystkich śpiewanych rolach. Jego ciepły tenor to jeden z tych głosów, które lubię ogromnie, nie mogłabym sobie darować takiej okazji. Dla mieszkańców Katowic dodatkowa atrakcja - możliwość uczestnictwa w próbach już trzy dni przed koncertem!
A tymczasem Polska Opera Królewska przygotowuje w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach kolejną premierę - tym razem dzieło polskie: jednoaktówka Karola Kurpińskiego Aleksander i Apelles z 1815 roku. Premiera prasowa w środę 24 stycznia. Jako żywo barok to nie jest, ale ponieważ Kurpińskiego na scenach widuje się rzadko, chyba się skuszę.

niedziela, 14 stycznia 2018

Acis and Galatea, czyli piękna muzyka i niepiękne refleksje

Acis and Galatea w NOSPR 12.01.2018; fot. IR
Kolejna (abonamentowa) odsłona dawnej muzyki w NOSPR, czyli serenata Acis and Galatea (a może raczej opera pastoralna bądź maska?) Georga Friedricha Haendla przedstawiona 12 stycznia to niestety krótka (zaledwie 80 min.) przyjemność dla miłośników tego kompozytora. Wobec trzy-, a nierzadko czterogodzinnych oper to jak mgnienie oka, choć mgnienie bardzo miłe.
Gabrieli Consort & Players pod wodzą Paula McCreesha to formacja świetna, a lekkość, z jaką wykonują Haendla, jest niebywała. Miałam chwilami wrażenie, że to Vivaldi!
Po wykonanej w zupełnie zawrotnym tempie uwerturze, na scenę wkroczyła grupa pięciu solistów, która wespół tworzyła chór. Nazwiska były mi niestety nieznane, ale do żadnej ze śpiewających osób nie mogę zgłaszać zastrzeżeń. Oba akty wykonano bez przerwy, mogliśmy więc przez całe półtorej godziny pozostać w urzekającym Haendlowskim świecie.
W którym jednak, jak to czasem bywa, rodzą się także całkiem niemiłe, choć pozamuzyczne refleksje. A zainteresowanych jakie, odesłać muszę do bardziej szczegółowej relacji tutaj.


czwartek, 11 stycznia 2018

Haendel w NOSPR

Znakomita sala koncertowa NOSPR w Katowicach; fot. IR
Już jutro, 12 stycznia, w sali koncertowej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach jednoaktowa serenata Georga Friedricha Haendla Acis i Galatea. Z takim programem przyjeżdża do Katowic nie byle kto, bo Paul McCreesh i jego Gabrieli Consort & Pleyers. Dawno temu słuchałam tej serenaty w Studio Lutosławskiego w wykonaniu artystów z Warszawskiej Opery Kameralnej (ówczesnej!), było tak sobie.
Co do jutrzejszego koncertu - wielkie nadzieje!