piątek, 1 lipca 2016

Festiwal Dramma per Musica 2016

No i doczekaliśmy się. Program II Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica wreszcie opublikowany! Co prawda zaprzyjaźnione jaskółki donosiły nam wcześniej, że festiwal się odbędzie, ba, jest już dopięty na przedostatni guzik, że w tym roku główną premierą będzie dzieło Leonarda Vinciego, ale... co innego szeptane wieści, co innego oficjalny program, a nawet możliwość zakupu biletów!
Nota bene - festiwal znów nakłada się czasowo na Wratislavię Cantans, co uważam za pomysł ryzykowny. Naprawdę chcecie konkurować z Philippem Jarousskim? Ser Eliotem Gardinerem i Monverdi Choir?
No i szczerze radziłabym stowarzyszeniu Dramma per Musica nieco więcej hałasu, reklamy i budowania napięcia wokół przygotowywanej premiery i pozostałych koncertów. Wyciągnijcie wnioski z frekwencyjnych porażek Opery Kameralnej i nie trzymajcie swojego festiwalu w tajemnicy!
Szczegółowe informacje w naszym kalendarium, zapraszamy również na stronę festiwalu.


sobota, 11 czerwca 2016

Czy artysta może być zbawiony? "Tannhauser" Wagnera w Operze Krakowskiej

Wnętrze wielkiego pomidora, czyli... Opera Krakowska;
 fot. I. Ramotowska
Ponieważ dla miłośników baroku na scenach coś jakby posucha, kontynuujemy wypad w całkiem inne rejony. Ostatnio strasznie modny stał się... Wagner. Po koncertowej wersji Tristana i Izoldy w Filharmonii Narodowej, powtórzonej w Narodowym Forum Muzyki, przyszła pora na Tannhausera. W czwartek wystawiła go Opera Krakowska pod kierownictwem muzycznym Tomasza Tokarczyka i w reżyserii Laco Adamika.
To wczesny Wagner, jeszcze jako tako trzymający się operowych ram, przed totalnym "odjazdem" (którego próbkę dał nam Tristan i Izolda). Wczesny - w wypadku Wagnera nie znaczy prosty. Legendarny minnesinger, który odnalazł grotę Wenus, został przez Wagnera odpowiednio "ubrany". I czegóż tu nie mamy! Mitologia antyczna vs chrześcijaństwo! Indywidualizm vs zbiorowość! Miłość idealna vs cielesna rozkosz! Reguły vs bunt!
Przygotowania do turnieju na dworze landgrafa;
monochromatycznie wysublimowana scenografia,
chyba w kontraście do... pomidora;
fot. I. Ramotowska
Tannahuser oddaje się rozkoszom miłości w grocie Wenus. Jednak - jak przystało na wiecznie nienasyconego artystę - tęskni za ziemskim życiem. W końcu porzuca swa boską kochankę i powraca do Warburga. Odnajduje dawnych przyjaciół i ukochaną, bierze też udział w turnieju śpiewaczym na dworze landgrafa. Tu jednak (niespodzianka!) staje okoniem - wbrew kultywowanej przez minnesingerów bezcielesnej miłości dworskiej, nasz bohater sławi cielesne spełnienie! Czegoś się w końcu w tej grocie nauczył... Pozostali rycerze chcą go natychmiast roznieść na swych mieczach (pewnie z zazdrości), jednak wciąż kochająca Elżbieta ratuje mu skórę. Zostaje za to skazany na pielgrzymkę do Rzymu, gdzie grzechy ma mu odpuścić sam papież. Tannhauser wędruje, Elżbieta zanosi modły, a wszystko na nic. Okazuje się, że papież ani myśli rozgrzeszyć bezecnego rycerza. Oznajmia mu nawet, że prędzej zakwitnie jego drewniana laska niż Tannhauser zostanie zbawiony. Zgnębiony śpiewak wraca, Elżbieta umiera z rozpaczy, Tannhauser (po chwili wahania - wszak Wenus wciąż czeka!) oddaje ducha przy jej trumnie, a papieska laska zakwita...
Cała zawartość ideowa godna jest rozpraw i esejów. Każda z warstw aż się prosi o wielostronicowe interpretacje. Można również nałożyć na tę historię jeszcze parę warstw dodatkowych - jak czyni to zresztą Adamik. Na przykład ubrać mieszkańców boskiej groty w stroje z dwudziestolecia i nadać bachanaliom rys nieco witkacowskiej dekadencji. Mamy kolejną warstwę?
Tomasz Kruk w roli tytułowej; fot. I. Ramotowska
Podobno ostatnio panuje moda na wyeksponowanie konfliktu między duszą i ciałem, czyli w tym wypadku miłością idealną a seksualną namiętnością. W Krakowie jednak (w końcu to miasto papieskie...) nie "idą tą drogą". Mocno za to brzmi pytanie o indywidualność, o tożsamość artysty sprzeciwiającego się narzuconym przez zbiorowość regułom. Wiecznie niezadowolony i poszukujący Tannhauser wydaje się znakiem zbuntowanego artysty-indywidualisty, trochę takim młodopolskim artystą przeklętym (nie mylić z żołnierzem wyklętym!). Artysta-buntownik do końca się nie poddaje. Czy zatem może być zbawiony?
Ale koniec końców i tak najważniejsza jest muzyka - jak przystało na Wagnera ciężka, patetyczna, emocjonalnie eksploatująca zarówno wykonawców, jak i odbiorców. Publiczność słuchała zaczarowana. Cudownie jest tak dać się ponieść Wagnerowskiemu tsunami!

wtorek, 7 czerwca 2016

"Tristan i Izolda" Wagnera w Filharmonii Narodowej

William Waterhouse, Tristan i Izolda, 1916 (domena pub.)
To było naprawdę mocne zamknięcie sezonu! 3 i 4 czerwca Filharmonia Narodowa przedstawiła koncertową wersję opery Richarda Wagnera Tristan i Izolda: w piątek akt pierwszy, w sobotę drugi i trzeci.
Legenda nieszczęsnych kochanków jest popularna i od wieków obecna w kulturze. Dla przypomnienia: Tristan, rycerz króla Marka, eskortuje Izoldę do zamku przyszłego męża, niestety wskutek zbiegu okoliczności wypijają oboje magiczny napój i zakochują się w sobie. Izolda wychodzi za króla, jednak miłość kochanków jest tak silna, że rujnuje zarówno ten związek, jak i małżeństwo Tristana. W końcu - rozdarci pomiędzy obowiązkami, honorem a nieprzepartą namiętnością - oboje umierają.
Równie interesująca, w dodatku zupełnie nie-mityczna, a jak najbardziej realna jest historia samej opery. Mimo małżeństwa z Minną Wagner i mimo wieku (50+!), życie uczuciowe i erotyczne Wagnera dalekie było od banału. Inspiracją do rozdzierającego miłosnego dramatu był zarówno romans kompozytora z Matyldą Wesendonck (nota bene żoną hojnego sponsora), jak i rodzące się płomienne uczucie do córki Liszta, Cosimy, żony dyrygenta Hansa von Bruhlowa, który zresztą poprowadził prawykonanie opery. Miłości bynajmniej nie platonicznej, której owocem była ich córka... Izolda! Opera z takim "backgroundem" jest przesycona namiętnością i to wcale nie artystyczną i duchową! Nie bez racji dzieło uważano za niemoralne i gorszące. To prawdziwa pochwała miłości w każdym wymiarze, także tej czysto fizycznej.
Dzieło od początku przytłaczało trudnościami wykonawczymi. Opera wiedeńska, która podjęła się inscenizacji w 1864 roku, skapitulowała po 70 próbach, ogłaszając, że opera jest "niewykonalna". Pierwsza para wykonawców, małżeństwo Malvina i Ludwig Schnorrowie, srogo za to zapłaciła - Ludwig zmarł niedługo po premierze w wieku 29 lat, a Malvina nigdy więcej nie wystąpiła na scenie - co stało się przyczyną narodzin legendy o dziele, które "złamało" wykonawców.
Rzeczywiście, dla pary śpiewaków podejmujących tytułowe role to wysiłek tytaniczny. Pierwszy akt należy do Izoldy, w drugim oboje wykonują najdłuższy w historii opery 40-minutowy duet (w którym kompozytor Virgil Thomson odnalazł siedem muzycznych orgazmów!), wreszcie akt trzeci to popis Tristana - złamany i ranny umiera z tęsknoty za Izoldą. W Warszawie Jennifer Wilson i Michael Weinius dźwignęli role, a ich śpiew zrobił na publiczności warszawskiej naprawdę duże wrażenie. Orkiestrę FN i chór NFM poprowadził Jacek Kaspszyk. Nie potrafię fachowo ocenić wszystkich niuansów wykonania, ale wydało mi się ono bez zarzutu.
Inna sprawa to cena, która za wysłuchanie Tristana i Izoldy musi zapłacić publiczność i nie mam tu na myśli, bynajmniej, ceny biletów. W moim przypadku była to tak potężna dawka wrażeń i emocji, że do dziś przychodzę do siebie. 
12 czerwca z premierą Tristana i Izoldy startuje Teatr Wielki - Opera Narodowa. Wielbiciele mocnych wrażeń - to dla was niepowtarzalna okazja!


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Oratorium Elsnera na Placu Zwycięstwa

Dyrygent Zbigniew Graca i soliści odbierają aplauz
- mimo zapału widowni, niezasłużenie wątły...; fot. I. Ramotowska
W czwartek 2 czerwca uczestniczyłam w koncercie, który z jednej strony był ciekawym wydarzeniem, z drugiej jednak - doświadczeniem bardzo smutnym. Ale po kolei.
Warszawska Opera Kameralna zapraszała na koncert - oratorium Passio domini nostri Jesu Christi Józefa Elsnera - koncert plenerowy, wstęp wolny, wydarzenie zorganizowane dla uczczenia 1050-lecia chrztu Polski.
Miejsce przygotowano świetnie, sektory dla publiczności (w tym dwa dla vip-ów - niepowtarzalna okazja zostania vip-em za całe 10 zł!). Orkiestra - Simfonietta WOK, Zespół Wokalny w dużym składzie, bardzo duża, 14-osobowa grupa solistów. Dzieło imponujące rozmiarem i rozmachem - w dodatku z ciekawą historią. Oratorium, bardzo dobrze przyjęte podczas premiery w 1838 roku w kościele Świętej Trójcy w Warszawie, wykonane wówczas przez 400-osobowy zespół, w tajemniczy sposób zniknęło ze scen - podobno zaginęło - i zostało odnalezione dwadzieścia lat temu w jednej z berlińskich bibliotek. Józef Elsner, wiadomo, znany głównie jako nauczycie Chopina, był autorem - jak się okazuje - form muzycznych zgoła monumentalnych i całkiem interesujących. Więc gdzie tkwi problem?
Problemem jest organizacja widowni. Po raz kolejny Warszawska Opera Kameralna organizuje koncert - tym razem naprawdę dużym wysiłkiem i artystycznym i czysto logistycznym - o którym nikt nie wie! Przepytałam wielu znajomych. Nikt o nim nie słyszał! Co miało swoje, naprawdę smutne przełożenie na obecną na koncercie garstkę widowni. Podejrzewam, że niewiele większą albo równą zespołowi wykonawców...
Daje głowę, że w tak dużym mieście jak Warszawa zorganizowanie widowni na koncercie plenerowym (darmowym!) nie jest niemożliwe. Na występ Filharmonii Narodowej w parku Królikarni przyszło w ubiegłym roku półtora tysiąca widzów! Może czas się dowiedzieć, jak to się robi?

wtorek, 10 maja 2016

Cnotliwa żona czy kusząca Nimfa, czyli "Zuzanna i starcy" Haendla w NFM

Finałowa owacja; fot. I. Ramotowska
Narodowe Forum Muzyki zaprosiło grupę muzyków stricte Haendlowskich, choć w Polsce jeszcze "nieosłuchanych". Poza Johnem Markiem Ainsleyem - nikogo wcześniej nie miałam okazji widzieć na scenie. Z tym większą ciekawością jechałam do Wrocławia na wystawiane 8 maja oratorium Georga Friedricha Haendla Zuzanna i starcy.

Peter Paul Rubens, Zuzanna i starcy
Oratoria Haendla kojarzą się jednoznacznie - "to te z trąbami!" Rzeczywiście - większość umoralniających, monumentalnych i patetycznych dzieł z ostatniego okresu twórczości Saksończyka to właśnie te głośno grzmiące trąby. Wystąpiły wprawdzie w finale Zuzanny, jednak to oratorium należy do innego, nieco lżejszego nurtu w twórczości kompozytora.
Spotykamy tam tematy przeważnie mitologiczne, choć i biblijnych wątków nie brak. To w nich Haendel mógł dać upust swemu teatralnemu temperamentowi, a dzieła - choć pozornie niesceniczne - tak naprawdę niczym się od Haendlowskiej opery nie różnią. Najlepszym dowodem znakomita operowa inscenizacja Heculesa Williama Christiego z rewelacyjną Joyce diDonato jako Dejanirą.

Zuzanna i starcy to - mimo biblijnego tematu - ten właśnie przypadek. Pozornie wydarzeń niewiele, ale łatwo wyobrazić sobie możemy Zuzannę w wersji scenicznej. Czego tam nie ma! Miłosne trele zakochanych małżonków, podstępne intrygi lubieżnych starców, sąd nad niesłusznie oskarżoną, interwencja młodego proroka i happy end. A nad wszystkim unosi się nieco dwuznaczna i przesycona erotyzmem atmosfera. Cały Haendel!
pełna relacja tutaj

niedziela, 1 maja 2016

Rameau w Bydgoszczy

Stefan Plewniak w indiańskim piuropuszu podrywa orkiestrę;
fot. I. Ramotowska
Na to właśnie czekałam! Od momentu ogłoszenia programu Bydgoskiego Festiwalu Operowego, a zwłaszcza od momentu, kiedy dowiedziałam się, że Les Indes Galantes zostaną wystawione nie w wersji koncertowej, tak jak w ubiegłym roku w Warszawie, ale w wersji scenicznej. Po raz pierwszy w Polsce! W dodatku reżyserią zajmie się Natalia Kozłowska, której realizacje są znane wszystkim miłośnikom opery barokowej (rozmowa z Natalią Kozłowską tutaj).
Tak więc od strony muzycznej mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać - koncert w Studiu Lutosławskiego był bardzo udany (o czym pisałam tutaj). Ale pełna teatralna inscenizacja to całkiem coś innego. Zwłaszcza, że akurat ta opera stanowi dość duże wyzwanie - nie opowiada jednej, spójnej historii, jest raczej zbiorem przypowieści/baśni rozgrywających się w egzotycznych sceneriach, których wspólnym mianownikiem jest konkluzja o zniewalającej sile miłości.
Na dodatek tradycja inscenizacyjna (nie w Polsce, oczywiście!) także stanowi punkt odniesienia, z którym trzeba się liczyć. W tym absolutnie niedościgła - i muzycznie, i teatralnie - wersja Williama Christiego z 2003 roku w reżyserii Andrei Serbana, z choreografią Blanchi Li i niezapomnianą Patricią Petibon w roli Zimy.
Z tym większym zaciekawieniem jechałam do Bydgoszczy. I po to, żeby zobaczyć ten spektkal, i po to, żeby przekonać się, jak zareaguje nań publiczność, tak rzadko mająca możliwość zobaczenia inscenizacji opery barokowej, a zwłaszcza francuskiej.
Sukses przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania! Standing ovation i bisy, oklaski i wiwaty. Rzecz bowiem była nad wyraz udana, o czym możecie przeczytać tutaj.


sobota, 30 kwietnia 2016

"Pory roku" Haydna w Filharmonii Narodowej

Martin Haselbock, mat. promocyjne FN
Wczorajsze "Pory roku" Josepha Haydan - duże przeżycie. co prawda twórczość "Papy" to nie moje klimaty, ale trudno, żeby trzygodzinne oratorium nie wywarło na słuchaczu wrażenia! Wiele scen niezapomnianych: letnia burza z piorunami i wyciem wichru, polowanie z myśliwskimi rogami i wiejska zabawa suto zakrapiana winem w jesieni, zimowa scana z "uprząśniczkami" przy kołowrotkach czy miłosny duet, w którym Karina Gauvin i Magnus Staveland wspieli sie na wyżyny liryzmu.
Przedsięwzięcie nieco przytłaczające ogomem - i czasu (bite trzy godziny!), i obsady - obok trójki solistów, chór w pelnym składzie i cała orkiestra. Na szczęście Martin Haselbok panowal nad całością i przeprowadzil zarówno zespół, jak i publiczność przez całe oratorium, nie rozbijając się na żadnej rafie.
I ciekawostka - Marek Toporowski realizujący basso continuo, towarzyszył recytatywom na kopii historycznego fortepianu J.A. Steina z 1788 roku. Niesamowite brzmienie!