wtorek, 29 października 2019

Program opera Rara 2020

Franco Fagioli
To informacja, która stawia na nogi cały barokowy światek. Program przyszłorocznej edycji festiwalu Opera Rara, a w niej prawdziwa perełka - Sigismondo Rossiniego z kontratenorem Franco Fagiolim w roli tytułowej. To oczywiście polska prapremiera. Na dokładkę w Teatrze Słowackiego, gdzie opery słucha się wyjątkowo dobrze, nawet jeśli nie jest to opera barokowa (Sigismondo jest datowany na 1814 rok). W dodatku przewidziano aż cztery spektakle - z programu wynika, że będzie to wersja sceniczna w reżyserii Kristiana Lady. Zagra oczywiście Capella Cracoviensis, z którą Fagioli już przecież występował, a nawet nagrał płytę. W dodatku mamy z wątek polski, jako że tytułowy król Zygmunt nawiązuje - przynajmniej imieniem - do polskich władców, choć akcja nie ma nic wspólnego z polska historią. (Zupełnie jak w Gismondo, Re di Polonia Vinciego, którego będziemy mogli posłuchać na warszawskim Zamku Królewskim 20 listopada). Jednym słowem - mamy nareszcie prawdziwe operowe wydarzenie i jest na co czekać. Fagioli jest wciąż w wysokiej formie, Rossiniego śpiewa świetnie, więc zapowiada się operowa uczta.
W festiwalowym pakiecie dostaniemy też Il Ballo delle Ingrate Monteverdiego w połączeniu z kompozycjami Teoniki Rożynek, co przypomina mi jako żywo tegoroczny spektakl Cassandra, w którym kantatę Marcella połączono z Justem Davida Langa. Opera Rara lubi takie nieco zwariowane projekty.
Tak czy owak - z punktu widzenia miłośników dawnej opery, a śpiewu kontratenorowego w szczególności - Sigismondo to strzał w dziesiątkę. Opera Rara - brawo!

niedziela, 20 października 2019

Nowy sezon w Polskiej Operze Królewskiej

W środę 16 października Polska Opera Królewska zaprosiła grono zaprzyjaźnionych mediów na konferencję prasową poświęconą z jednej strony rozpoczynającemu się własnie kolejnemu sezonowi, z drugiej - pierwszemu ważnemu wydarzeniu tego sezonu, czyli zbliżającej się premierze opery Henry'ego Purcella Dido and Aeneas. O premierze za chwilę, a na początek kilka ważnych informacji o nowym sezonie w POK.
Andrzej Klimczak, który jest już pełnoprawnym dyrektorem POK, deklaruje kontynuację specyficznego klimatu, jaki scenie w Łazienkach nadał jej twórca, czyli Ryszard Peryt. Stąd zastrzeżenia, że będzie "po Bożemu", stąd liczne paralele i szukanie rocznic i nawiązań. A w nowym sezonie w tym własnie nurcie tradycyjnym premiery Cyrulika sewilskiego Rossiniego (20.12) i La finta gardiniera Mozarta (czerwiec?), obie wyreżyseruje Jitka Stokalska, a poprowadzi David Runtz, który stał się chyba stałym dyrygentem orkiestry POK.
Nie porzuca też POK baroku (na szczęście!), stąd premiera opery Purcella (26 i 27.10), a w drugiej połowie sezonu Haendlowska Rodelinda, którą wyreżyseruje Janusz Wiśniewski. W obu spektaklach grać będzie Capella Regia Polona pod Krzysztofem Garstką.
POK uczci, oczywiście, stulecie urodzin papieża-Polaka, ale zrobi to w sposób nieoczekiwany, premierą zamówionej specjalnie na tę okazję opery Krzesimira Dębskiego Hiob na motywach dramatu Karola Wojtyły z 1940 roku o tym tytule. Operę wyreżyseruje Tomasz Cyz, a premierę przewidziano na 14/15 maja przyszłego roku. Dzieło jest in statu nascendi i nikt go jeszcze nie słyszał, ale znając Cyza, może to nie być tak całkiem "po Bożemu".
Komplet premier obejmuje również przewidziany na połowę listopada Śpiewnik domowy Moniuszki w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego i koncertową wersję Requiem Tomasza Opałki w Studio S1 (24.04).
Większą część spotkania poświęcona jednak Purcellowi, z nostalgią wspominając jego WOK-owską
wersję z lat 90-tych ubiegłego wieku - występowała w niej m.in. Olga Pasiecznik, która teraz będzie jedną z Dydon, obok Anety Łukaszewicz, a Belindę - podobnie jak obecnie - śpiewała Marta Boberska. Padła deklaracja, że tej Perytowskiej wersji "pozostaniemy wierni". To mnie nieco przeraziło, bo co prawda nie widziałam tej opery w WOK w latach 90-tych, ale miałam okazję obejrzeć jej wznowienie w 2015 i naprawdę nie chciałabym znów oglądać jej na scenie! (Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego - moja relacja z tego spektaklu tutaj). Na szczęście reżyserii podjęła się Natalia Kozłowska, w której gust i kompetencje ufam, a która przygotowywała własnie to dzieło Purcella jako swoją pracę dyplomową w Collegium Nobilium w 2010 roku. Mówiła zresztą o swojej wizji opery ze swobodą i entuzjazmem, co pozwala mieć nadzieję na spektakl nieprzypominający wizyty w rekwizytorni starego teatru. Jest zresztą jedną z najzdolniejszych reżyserek operowych w Polsce, co potwierdziła wielokrotnie, równiez na scenie w Łazienkach. (O swoim stosunku do barokowego repertuaru mówiła ciekawie w wywiadzie w 2016 roku). O swojej interpretacji Wiedźmy opowiadała też Dorota Lachowicz (również ze starej obsady), za to Eneaszem będzie młody tenor Michał Janicki i różnica wieku pomiędzy głównymi protagonistami w operze będzie zdaje się jednym z ciekawych wątków tej inscenizacji. Opera jest krótka, ale będzie bogatsza o prolog ujęty - wg słów reżyserki - jako "teatr w teatrze". Tak więc - mimo początkowych obaw - zawieszę swój sceptycyzm na kołku i dam szanse Purcellowi i scenie w Łazienkach!

wtorek, 24 września 2019

"Alcina" po roku

To było już ostatnie z nawiązań do litery "A" na festiwalowym plakacie. Po przypomnianej po pięciu latach Agrippinie, premierze scenicznej Aci, Galatea e Polifemo, przyszedł czas na reaktywację ubiegłorocznej Alciny. Jak się udała?
Spektakl wystawiony podczas tegorocznej edycji Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica w Małej Warszawie był równie dobry jak podczas ubiegłorocznej premiery. Ta sama obsada, te same znakomite kreacje zarówno postaci pierwszoplanowych - Olgi Pasiecznik jako Alciny i Anny Radziejewskiej jako Ruggiera, jak i ważnych postaci drugiego planu - Olgi Siemieńczuk jako Morgany, Joanny Krasuskiej-Motulewicz jako Bradamante, Karola Kozłowskiego jako Oronte, Artura Jandy jako Melissa i Joanny Lalek jako Oberta. Ta sam znakomicie prowadzona orkiestra festiwalowa Royal Baroque Ensemble pod kierunkiem niezmordowanej Lilianny Stawarz, ta sama grupa tancerzy prowadzonych przez reżysera spektaklu Jacka Tyskę. Artyści wydawali się swobodniejsi, minął premierowy stres, została natomiast przyjemność obcowania z genialną materią muzyczną.

Załoga Alciny przyjmuje zasłużone brawa; fot. IR
Nie mam więc żadnych zasadniczych refleksji na temat tego spektaklu, odmiennych niż moja ubiegłoroczna relacja. Genialne Ah, mio cor! Olgi Pasiecznik znów wywołało ciarki, swoboda i ekspresja Anny Radziejewskiej znów zachwycała, brawura Joanny Krasuskiej-Motulewicz imponowała, koloratura Olgi Siemieńczyk była tak samo piękna, kreacja Joanny Lalek równie urocza, żal, że Artura Jandy tak mało - ten sam. Karol Kozłowski był w dobrej formie i śpiewał nawet lepiej niż ostatnio a jego podskoki w ostatniej arii mniej zdumiewały. Reżyseria Jacka Tyski udana, choć nie do końca zgodna z moją wizją tej opery. Ale wiele pomysłów inscenizacyjnych było całkiem dobrych, no i partie taneczne - w końcu specjalność reżysera - były naprawdę świetne.
Ten spektakl stanowił więc dla mnie rzeczywisty, choć nieoficjalny - finał festiwalu. Bardzo udanej edycji poświęconej w przeważającej i najważniejszej części twórczości Georga Friedricha Haendla (dostaliśmy jeszcze oratorium Saul w interpretacji artystów prowadzonych przez Agnieszkę Żarską). Liliana Stawarz odgrażała się na konferencji zapowiadającej festiwal, że w przyszłym roku Haendla nie będzie (co wcale mnie nie cieszy), ale poświęcenie tegorocznej edycji temu twórcy było posunięciem świetnym.
No i, mówiąc szczerze, to mu się po prostu należało!

piątek, 20 września 2019

Oratorium Stradelli na Festiwalu Oper Barokowych

Soliści i Andrea de Carlo "zstępujacy" po schodach; fot. IR
Musze przyznać ze wstydem, że to było moje pierwsze w pełni świadome obcowanie z muzyką Alessandra Stradelli. Owszem, słyszałam o nim co nie co, ale nie zainteresowałam się wcześniej. Dopiero wczorajszy koncert 19 września w kościele Świętej Trójcy w ramach Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica stał się dla mnie okazją do wysłuchanie jednego z jego najpopularniejszych dzieł sakralnych i przyznam, że było to odkrycie bardzo przyjemne.
Twórczość Stradelli przypada na drugą połowę XVII wieku i stanowi dla mnie swoisty łącznik pomiędzy stylistyką typowa dla pierwszej połowy XVII wieku, której najwybitniejszym przedstawicielem był Claudio Monteverdi, a stylem charakterystycznym dla włoskiej opery wieku XVIII w jej najbardziej znanych odmianach - weneckiej i neapolitańskiej. A równocześnie kompozytor niewątpliwie swój własny styl, bardzo oryginalny i ciekawy. Pisze o nim w programie festiwalowym frapująco Andrea del Carlo, podobno od lat niestrudzony propagator twórczości Stradelli, kompozytora, który podzielił los wielu artystów jemu współczesnych i został niemal zupełnie zapomniany. Dziś przywraca się twórczość tych artystów publiczności, a kolejne premiery staja się wydarzeniami, a nawet sensacjami na scenach muzycznych.
Taką premierą na polskiej scenie było właśnie wczorajsze wykonanie oratorium San Giovanni Battista, które w czasach kompozytora cieszyło się podobno ogromna popularnością. Dwuczęściowy utwór wykonano bez przerwy - półtoragodzinny koncert był na pewno znaczącym wysiłkiem dla muzyków formacji Gradus and Parnassus pod kierunkiem właśnie Andrea de Carlo. Orkiestra wystąpiła w stosunkowo dużym składzie z dodatkową sekcją skrzypiec - przeciwstawienie sobie sekcji concertino i concerto grosso było podobno własnym wynalazkiem Stradelli.
Kilka słów o solistach. w tytułowej roli Jana Chrzciciela wystąpiła Elwira Janasik, której głos ogromnie lubię i cenię od momentu kiedy słyszałam ja po raz pierwszy w operze Vinciego Semmiramida roconosciuta.. Nie miała jednak prawdę mówiąc roli dominującej, co jest częste przy partiach tytułowych.  Zaśpiewała w pierwszej części dwie ciekawe arie, później jednak jej rola polegała na wygłaszaniu napominających pouczeń pod adresem Heroda.
Prym wiodła przede wszystkim Herodiada w interpretacji Doroty Szczepańskiej o pięknym kryształowym sopranie, który miejscami brzmiał pięknie, zwłaszcza w ariach "kokieteryjnych", czasem jednak w partiach bardziej dramatycznych stawał się zbyt ostry. Drugą wiodącą postacią był Herod w interpretacji Karola Skwary i wydaje mi się, że jego bas brzmiał wyjątkowo dobrze w tym oratorium. Pozostałe postacie to Herodiada matka w wykonaniu Iwony Leśniowskiej-Lubowicz i Consigliere w interpretacji Przemysława Baińskiego (uprzedzono, że jest chory, więc nie miał możliwości pokazać pełni swoich możliwości). Cała piątka wykonywała partie chóralne, występowali też w rozmaitych konfiguracjach w tercetach i duetach - partie zbiorowe były jednymi z najpiękniejszych w tym oratorium.
Muzyka Stradelli zachwyciła mnie na tyle, że na pewno wezmę udział w koncercie 30 września, na którym grupa solistów i instrumentalistów ze Szwecji wykona jego serenatę Forza delle Stelle. Myślę, też, że Stradella zasługuje na dołączenie do panteonu moich ulubieńców na stronie dolcetormento.pl, Zwłaszcza, że jego życiorys obfituje w spektakularne wydarzenia! A oratorium San Giovanni Battista zasługuje na bardziej szczegółowa analizę, co pewnie wkrótce nastapi.

czwartek, 19 września 2019

"Acina" znów

A jak Alcina!
Dziś na Festiwalu Oper Barokowych oratorium Stradelli, ale wielbiciele Haendla, którego w tym roku dostarczono nam w ilościach imponujących, czekają na powtórkę ubiegłorocznej festiwalowej premiery, czyli na Alcinę. Spektakle zostaną przypomniane 20 i 21 września na scenie Małej Warszawy.
Alcina to jedna z najpopularniejszych oper Haendla. I nie przypadkiem. Jest prawdziwym zbiorem przebojowych arii, ukazuje ponadczasowe emocje, ma niemal magiczną atmosferę, stwarza wykonawcom zupełnie niepowtarzalną okazję do artystycznego popisu. Z której to okazji twórcy festiwalowej Alciny dobrze skorzystali.
W rolach wiodących pierwsze damy polskiego baroku, czyli Olga Pasiecznik jako Alcina i Anna Radziejewska jako Ruggiero. Inscenizację przygotował Jacek Tyski, więc spodziewajcie się ciekawych partii baletowych. No i znów będzie okazja do posłuchania rozdzierającego Ah, mio cor! w interpretacji Olgi Pasiecznik. Bezcenne.
Dla przypomnienia sobie ubiegłorocznych wrażeń zapraszam do lektury mojej ubiegłorocznej relacji tutaj.

wtorek, 17 września 2019

Kolejne oratorium na FOB

To chyba królowa Krystyna?
Uwzględnienie w programie Festiwalu Oper Barokowych jednego dzieła sakralnego jest już tradycją. Która w tym roku została przełamana przez zaproszenie na... dwa takie koncerty. We wtorek 10 września mogliśmy posłuchać oratorium Saul Haendla w znakomitym wykonaniu Baroque Collegium 1685 pod batutą Agnieszki Żarskiej, w tym tygodniu natomiast - w czwartek 19 września - w tym samym miejscu, czyli w kościele ewangelicko-augsburskim Świętej Trójcy - usłyszymy oratorium Alessandra Stradelli San Giovanni Battista. Wystąpi czwórka solistów i orkiestra Gradus ad Parnassum tym razem pod kierunkiem Andrea del Carlo.
Nie wiem, czy to moda na Stradellę, ale już kilka dni później, 30 września Ambasada Szwecji i parafia kościoła Świętej Trójcy zapraszają na kolejny koncert tego kompozytora - serenatę La Forza delle Stelle. Zagra Szwedzka Królewska Orkiestra Kameralna Christina Consort pod batutą Matsa Liljeforsa, a wystąpi pięcioro solistów. Skąd wątek szwedzki? Serenatę do wiersza Francesco Petrarki skomponował Stradella na zamówienie szwedzkiej królowej Krystyny, która po abdykacji w 1654 roku mieszkała w Rzymie. A koncert ma uczcić 100-lecie wznowienia stosunków dyplomatycznych Polski i Szwecji.
Świetnie! Dla barokowego koncertu każdy pretekst jest dobry.
Wstęp na oba koncerty wolny!

poniedziałek, 16 września 2019

Ile koncertów może pomieścić jeden weekend?

Wrocław Baroque Ensemble pod batutą Andrzeja Kosendiaka; fot. IR
Renesansowi myśliciele parodiowali scholastyczne wywody Tomasza z Akwinu, rozważając, ile diabłów może się zmieścić na łebku szpilki. To zdanie kołatało mi się po głowie w ostatnim tygodniu, kiedy biegałam z koncertu na koncert, usiłując pogodzić chęć uczestnictwo w Festiwalu Oper Barokowych w Warszawie z festiwalem Wratislavia Cantans we Wrocławiu. Ile koncertów jestem w stanie "zaabsorbować"?
Po pojedynku kontratenorów na Zamku, fantastycznym Saulu i próbie generalnej Acisa, Galatei i Polifema w Warszawie, w końcu wylądowałam we Wrocławiu na wyczekiwanej od dawna Judycie triumfującej. W najbliższych dniach wrócę do tych koncertów i zaproponuję na ich temat dłuższe teksty - myślę tu oczywiście o Saulu, Acisie i Judycie.
A dziś kilka słów o sobotnim wrocławskim koncercie w kościele akademickim zatytułowanym poetycko Weneckie inspiracje. Zawierał głównie kompozycje Mikołaja Zieleńskiego ze zbiorów  Offertoria totius anni i Communiones totius anni. Zieleński, maestro di capella na łowickim dworze arcybiskupa Wojciecha Baranowskiego, ówczesnego prymasa, ułożył i - co ważne - wydał w 1611 roku w Wenecji zbiory swoich kompozycji. Są to przede wszystkim dzieła polichóralne (Offertoria), ale i utwory sześciogłosowe z obsadą instrumentalną. Co ciekawe - niektóre pojawiają się w dwu wersjach: z zapisem z ornamentacjami (tzw. gorgia) i bez ozdobników. Oba zbiory ułożył Zieleński w cykle roku liturgicznego, co charakterystyczne - polskiego roku, który nie do końca pokrywa się z zachodnim jeśli chodzi o popularność niektórych świąt.
Kompozycje Zieleńskiego tkwią silnie w typowej dla tego czasu estetyce muzycznej, choć są całkiem zgrabne i słuchało się ich z prawdziwą przyjemnością. Zasługa w tym oczywiście Wrocław Baroque Ensemble - niewielkiego zespołu instrumentalistów i grupy dwunastu śpiewaków prowadzonych przez dyrektora Narodowego Forum Muzyki Andrzeja Kosendiaka. Koncert zadedykowano twórcy festiwalu Andrzejowi Markowskiemu w 95. rocznicę urodzin.
W festiwalowym programie podano z dumą, że Zieleński był jedynym polskim kompozytorem, któremu udała się wówczas taka sztuka - przygotowanie i wydanie w prestiżowej weneckiej oficynie Giacoma Vincentiego swoich własnych kompozycji. Wenecja była wówczas - na przełomie XVI i XVII wieku jednym z najważniejszych centrów muzycznego świata. Ja jednak - zamiast dumy - poczułam smutek. Nawet nie z tego powodu, że Zieleński to nie Monteverdi, ale przede wszystkim dlatego, że był jedyny. Tak że tak...