 |
Soliści prawie w komplecie: Ingrida Gapova, Jarosław Bręk
i Jan Jakub Monowid; fot. IR |
Niedzielny koncert na Zamku Królewskim w Warszawie to była przyjemność całkiem specjalna. Do wykonania trzech z sześciu kantat składających się na
Wiehnachts-Oratorium Jana Sebastiana Bacha Warszawska Opera Kameralna przygotowała się całkiem solidnie. Czwórce solistów (Ingrida Gapova, Jan Jakub Monowid, Aleksander Kunach i Jarosław Bręk) towarzyszył Zespół Instrumentów Dawnych Opery Kameralnej, czyli Musicae Antiquae Collegium Varsoviense po batutą Marcina Sempolińskiego oraz Zespół Wokalny WOK, czyli po prosu chór i to w całkiem pokaźnym, 26-osobowym składzie.
Kantaty wybrano zapewne ze względu na ich popularność i różnorodność.
Pierwsza - triumfalna, mówiąca o narodzinach Jezusa, z bardzo znaną chóralną częścią pierwszą (J
auchzet, Frohlocket! Auf, preiset die Tage), ale także z przepiękną arią altową, którą wykonał Jakub Monowid (był wczoraj naprawdę w nadzwyczajnej dyspozycji!), długimi recytatywami Ewangelisty, bardzo ekspresyjnie podawanymi przez Aleksandra Kunacha i bardzo oryginalną częścią siódmą, w której na tle subtelnie snutego przez sopran chorału szczególnie wyraziście brzmi recytatyw basu (
Er ist auf Erden kommen arm).
Część trzecia mówi o pokłonie pasterzy i są w niej zawarte dwie przepiękne arie -
Herr, dein mitleid, dein Erbaumen, duet sopranu i basu - ulubiony przez Bacha zestaw głosów - i
Schliesse, mein Herze, dies selige Wunder - kolejna aria altowa z towarzyszeniem solowych skrzypiec i wiolonczeli.

I w końcu kantata szósta, znów triumfalna "z trąbami", mówiąca o Pokłonie Trzech Króli z zachwycająca taneczną arią sopranową
Nur ein Wink von seinen Handen i jedyną w tym zestawie arią tenorową z obojami
Nun mogt ihr stolzen Feinde schrecken.
Trzeba przyznać, że WOK zaangażował do tego koncertu naprawdę dużą grupę muzyków i choć niekiedy miałam zastrzeżenia do brzmienia (instrumentalistom brakowało perfekcyjnego zgrania i niektóre partie nadmiernie "pływały"), to jednak koncert uważam za bardzo udany, soliści nie zawiedli, chór był wystarczająco monumentalny, a wysłuchanie nawet w części jednej
z najbardziej przebojowych Bachowskich kompozycji sprawiło słuchaczom ogromna przyjemność.
A dodatkowa atrakcja - niespodziewany bonus - czekała na nas w gablocie w sali sąsiadującej z koncertową: pierwszy polski powojenny stradivarius - skrzypce spod ręki mistrza z Cremony, podobno w idealnym stanie, zakupione dla jednego z polskich skrzypków i eksponowane na Zamku przez najbliższe dwa tygodnie, w dodatku bezimienne, co pozwoliło właścicielom nadać im nazwę Polonia dla uczczenia stulecia niepodległości. Co za cymes!